fantasticabialystok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2003

a Village

1 komentarz

Jutro rano wyjezdzam wreszcie na wies. Nie to zebym chcial sie koniecznie stad wyrwac, bo naprawde lubie to miasto – ale przyda mi sie troche ciszy i spokoju. Poza tym wies to wiekszy kontakt z przyroda, wszystkim co nas otaca, a ze jestem na biologii – to ciagnie wilka do lasu!
POZDRAWIAM WAS WSZYSTKICH I DO ZOBACZENIA OK. 25 SIERPNIA, TRZYMAJCIE SIE, UDANYCH WAKACJI!!!

namiary: Domanowo, gm.Bransk – nad rzeka Nurzec

Wczoraj na naszym lotnisku odbyly sie znane wszystkim z TVN zawody Strong Man. Bylo to dosyc ciekawe i nawet fajne, tylko ludu tyle przyszlo ze nic nie bylo widac. Z bliska bedzie mozna wszystko zobaczyc w telewizji, co oczywiscie przegapie bo na wsi TVN nie odbiera. No i pogoda nam sie zbuntowala – przedwczoraj swiecilo sloneczko, dzis tez jest pogodnie, natomiast wczoraj lało. Podobnie jak za czasu wizyty Kwasniewskiego, tylko ze wtedy to nawet grad padal :-) W prognozie pogody pocieszaja nas jednak ze od srody znów bedzie do 30*C i zadnych chmur.
POZDRAWIAM WSZYSTKICH A SZCZEGÓLNIE OLE, AGNES I PERKA!!!

No wreszcie moglem sie wyspac. Ostatnie 2 tygodnie wstawania przed ósma byly troche meczace, wiec musialem to sobie odespac. No i tak dwunasta na zegarku a ja dopiero wstaje :-)
w planach mialem dzis troche pojezdzic rowerem. Stoi zakurzony w piwnicy od nie wiem kiedy, wiec tez przydaloby mu sie troche swiezego powietrza. Tak samo jak mnie. Ale nic z tego. Wczoraj swiecilo sloneczko, natomiast dzis niebo pokrywaja ciemne chmury i tylko patrzec jak zacznie padac. No. moze nadrobie zaleglosci w ogladaniu TV. Przydaloby sie tez obejrzec troche na zapas, bo u babci gdzie jade na wakacje odbiera tylko jedynka :-)

Dzis o godzinie 12:00 zaczely sie dla nas wakacje! Zaliczylismy zajecia terenowe i przez najblizsze dwa miesiace Instytut Biologii UWB bedzie swiecil pustkami. No chyba ze beda tam przychodzic kandydaci na studia, a w tym roku jest ostra konkurencja – o 70 miejsc ubiega sie ponad 400 osób. Wkrótce na scianie zawisnie lista wybranców :-) No, ale to tak na marginesie. Wczoraj nie bylo mnie bo najpierw bylem 5 godzin w szkole, gdzie oznaczalismy zebrane podczas cwiczen owady, potem w grupach pisalismy sprawozdania (nie jest to latwe w towarzystwie które cie nie akceptuje), a jeszcze potem przyjechalem do domu i zakuwalem na zaliczenie do 4 rano. No ale juz po wszystkim. Pozdrowionka dla Oli i Agnes, a takze wszystkich którzy to czytaja.

Przyszedl nowy dzien, za oknem zaswiecilo slonce… Ale mi nie przeszlo tak do konca. I nie wiem czy kiedys w ogóle przejdzie. Wciaz gdzies na dnie duszy czai ten ból, wspomnienia pala jak ogien a wszystko wokól ciagle przypomina mi o minionych dniach, wszystko sie z czyms kojarzy. Powiecie ze to przejdzie, ze zapomne. Ale jak mam zapomniec jak ciagle bede ich widzial? Moge z nimi nie rozmawiac, ale co to da? A tak ciezko jest zachowac spokój i udawac ze wszystko jest ok, kiedy w srodku az skreca z zalu…

Nawet nie moge o tym pisac… Nie dam rady…
I chyba nie bedzie juz wiecej notek w tej sprawie, chociaz ja nie zapomne…
Nie moge po prostu wciaz zasypywac was swoimi problemami, ale ciesze sie ze jest jednak ktos kto mnie rozumie…
Agnieszko, Olu… Dziekuje za wszystkie mile slowa. Sprawilyscie ze przynajmniej na chwile zrobilo mi sie lzej. Bardzo sie ciesze ze Was poznalem i chcialbym zebysmy na zawsze pozostali przyjaciólmi. W tym nienormalnym swiecie brakuje takich wspanialych ludzi jak Wy. Troszke tylko zaluje ze znamy sie wylacznie przez internet, bo siec moga przeciez w kazdej chwili odciac – wystarczy tylko raz nie zaplacic za abonament. A nie raz juz byl problem z nazbieraniem $.
No ale moze nie bedzie tak zle.

PS.Dzis stoje na rozdrozu i nie wiem w która strone mam pójsc. Zadna z dróg nie jest latwa, ale cokolwiek wybiore, teraz wiem ze nie jestem juz tak calkiem sam. Przynajmniej wirtualnie…
Pozdrawiam Was serdecznie…

Odrzucony. Niepotrzebny jak piate kolo u wozu, samotny jak lisc zerwany z drzewa niesiony z wiatrem, skazany na zaglade…
Ci których uwazales za przyjaciól odwrócili sie od ciebie. Nie pamietaja juz ile razy im pomogles, jak jeszcze kilka miesiecy temu razem szlo sie przez dobre i zle chwile. Dzis ich spotykasz, tamta grupe w której byles. Wybieraja sie gdzies dzisiaj zeby milo spedzic wieczór. Rozmawiasz z nimi, zartujesz. W pewnej chwili pytasz czy mozesz sie do nich przylaczyc. Nagle zarty ustaja. Nikt juz sie nie smieje. Po chwili ciszy slyszysz odmowna odpowiedz. Jeszcze kilka slów. Zyczysz im udanej zabawy i odchodzisz. Jedna dziewczyna mówi cicho: dzieki. Nie ogladasz sie do tylu. I tak nikt cie nie zegna. Jestes sam. Odrzucony. Niepotrzebny. Jak piate kolo u wozu. I nie masz tu na mysli jeepa.
Zastanawiasz sie nad swiatem, nad zyciem… Jaki to wszystko ma sens, pytasz… Jestes sam. I bedziesz sam. Nikt na ciebie nie czeka. Inni sie bawia. Sa szczesliwi. Maja przyjaciól, a nawet kogos kto ich kocha. Myslisz ze jestes zbyt uczciwy, za malo pijesz… Za malo przeklinasz i w dodatku nie palisz. Tacy ludzie nie powinni chodzic po swiecie. Nie powinni tez zakladac blogów i pisac takich rzeczy. Nie powinni tym zawracac glowy innym. Moze wiec czas powiedziec juz sobie: Game Over? Wylaczyc komputer i pójsc sobie na ten piekny most, który widzisz za oknem, a potem przez chwile poczuc sie jak ptak… Przez jedna krótka chwile…
Przeciez wiara juz dawno umarla, nadzieja wlasnie sie wypala, a milosc… cóz… tej nigdy nie bylo…

PS.Wioletko i Olu – dzieki za wszystko…

No i doczekalismy sie. Wczoraj o godzinie 8 rano zapakowalismy sie w dwa autokary i wyjechalismy na podbój Mielnika. Po dojechaniu do celu zaczela sie zabawa – ponad 50 osób z mlotkami w rekach wspinalo sie po stromych scianach zwirowni na wysokosc ok 3 pieter (najbardziej wesolo bylo przy schodzeniu, a raczej zjezdzaniu z góry) w celu znalezienia jakichs prehistorycznych skamienialych zwierzatek. Liczylismy po cichu na szkielet jakiegos pterodaktyla, albo przynajmniej na kosci T-rexa ale nic z tego. Znalezlismy tylko kilka skorupiaków, belemnitów i skamienialych gabek i koralowców. a najwiekszym znaleziskiem byl zab rekina. W drodze powrotnej, w pobrudzonych piaskiem i kreda ubraniach (jak ktos byl w czarnym to wygladal jak mlynarz) zrobilismy wypad do sklepu w Siemiatyczach i po dwóch godzinach bylismy juz w domu.
W czasie zajec na zwirowni jakos tak sami podzielilismy sie na grupki, rozbijalismy te skaly i zartowalismy sobie na rozne tematy… Po tym jak pod koniec pierwszego semestru oddzielili nas z Adamem od naszej bylej grupy a na nasze miejsce wrzucili innych, w tym Mariusza – obiekt westchnieD wszystkich naszych dziewczyn – nie jestesmy juz nimi w tak dobrych kontaktach jak to bylo kiedys. W nowej grupie, tej w której jestesmy nie ma juz tak dobrej organizacji. Podczas gdy inni robia wspólne wypady na dyskoteki, w naszej grupie czasem nie bylo nawet z kim slowa zamienic. Tak wiec w Mielniku nie mialem stalego towarzystwa. Do pewnego czasu, kiedy przez przypadek znalazlem sie obok jednej dziewczyny o imieniu Aneta (nie byla ani w mojej poprzedniej, ani w obecnej grupie). Zaczelismy sobie gadac aby robota przzy kopaniu byla przyjemniejsza i potem wiekszosc czasu bylismy juz razem, wiec nie narzekalem juz na brak towarzystwa.
Naprawde, odkad z naszej szkoly odeszla Elwira z nikim mi sie tak dobrze nie rozmawialo…
Dobra, wiem ze przynudzam i tak wlasciwie to sam nie wiem po co ja to pisze :-) a wiec koncze i obiecuje nastepnym razem pisac zwezlej i bardziej do rzeczy, a ta notke wybaczcie…
Pozdrowienia dla wszystkich, a szczególnie – patrz niebieski napis na samej górze!

Veronica otworzyła oczy i usiadła na łóżku. Przez chwilę siedziała tak by się uspokoić i pozbierać swe mysli. Znów miała ten sam sen. Nie musiała czekać do rana by dowiedzieć się co się wydarzyło. Jej sny zwykle się sprawdzały a ten tak jak i trzy poprzednie przedstawiał tonący statek, nocne niebo pokryte nienaturalną, zieloną poŚwiatą i zwiastował smierć. Dziewczyna odgarnęła z czoła swe długie jasne włosy i podeszła do jednej ze scian swojego pokoju, której srodkowa częsć zasłonięta była czerwonym materiałem. Odsunęła na bok zasłonę i spojrzała w znajdujące się za nią duże lustro o złotych ramach. Przesunęła ręką wzdłuż jego tafli i oczom jej ukazał się wzburzony ocean, fale rozbijające się o skaliste wybrzeże i ciemne zarysy gór w głębi lądu. Był to Ashabdah. Veronica rozpoznała to miejsce bez trudu. Pomimo swego młodego wieku miała za sobą już wiele podróży do różnych odległych krain, o których istnieniu niektórzy nie mieli nawet pojęcia. Ale to było dawno, kiedy żył jeszcze jej ojciec a ona była małą bezradną dziewczynką. Teraz wiele spraw wyglądało zupełnie inaczej… Widok jaki ujrzała w lustrze przywołał do niej te wszystkie wspomnienia, ale musiała przecież skoncentrować się na tym co robi. Wiedziała już że zagrożenie przychodzi stamtąd. Czas by odnaleźć jego źródło i jakis sposób by z nim walczyć. Poznanie prawdy wymagało jednak nieco innych zaklęć niż to z lustrem. W porównaniu z nimi to było zaledwie dziecinną zabawą. Piękna czarodziejka sięgnęła już ręką w kierunku zasłony, kiedy nagle obraz w lustrze się zmienił. Zdziwiona cofnęła się i na gładkiej powierzchni zobaczyła dwójkę młodych ludzi zbliżających się do portu. Z wyglądu byli od niej starsi o ledwie dwa – trzy lata. Dziewczyna była bardzo zgrabna i miała włosy tego samego koloru co Veronica, jej towarzysz natomiast był dobrze zbudowanym brunetem o przyjaznym spojrzeniu. Po chwili obraz się rozpłynął a powierzchnia lustra znów odbijała jedynie ładną twarz młodej czarodziejki. Dziewczyna czym prędzej odeszła od lustra i zaczęła przygotowywać składniki potrzebne jej do odprawienia czarów, które miały na celu rozwiać mroczną tajemnicę okrywającą katastrofy statków na wschodnim wybrzeżu. I cos jej mówiło, że już niedługo rozwiąże tą zagadkę.

Czerwone dachy budynków błyszczały w swietle porannego słońca. Po czystych brukowanych ulicach przechadzali się nieliczni mieszkańcy lub kupcy którzy spieszyli do swoich sklepików by już od rana napełniać swoje kieszenie złotymi monetami. Od czasu do czasu pomiędzy murowanymi kamienicami przemknął jakis pijaczek wracający z nocnej zabawy w którejs z licznych portowych knajpek. Na rosnących rzędem przy drodze drzewach zaczęły odzywać się pierwsze ptaki. Miasto powoli budziło się ze snu. Z panującego tu wokół bogactwa można by wnioskować że jest to stolica kraju, ale Plinth było tylko jednym z wielu miast Doylidii. Kraj ten czerpał duże korzysci ze swego położenia na trasie wielu szlaków handlowych i tego, że miał dostęp do morza. I własnie tą nadmorską częscią miasta, bezposrednio przyległą do portu, szło dwoje ludzi: młody dwudziestokilkuletni mężczyzna i nieco młodsza od niego dziewczyna. Przybysz ubrany był jak typowy awanturnik, miał czarną bluzkę i spodnie, długie żeglarskie buty tego samego koloru i szeroki pas z przypiętym, wyszczerbionym już w kilku miejscach mieczem. Jego ręce naznaczone były kilkoma starymi bliznami, swiadczącymi że już od dawna miał do czynienia z wojennym rzemiosłem. Miał jednak taki wyraz twarzy, z którego można by odczytać, że wyrządzenie komuś jakiejś krzywdy było rzeczą o jakiej nigdy by nie pomyślał. Dziewczyna natomiast miała na sobie niebieskie nieco obcisłe spodnie i podobną cienką bluzeczkę. Ubranie to doskonale podkreslało jej zgrabną figurę i kontrastowało z jasnyni, opadającymi na plecy włosami. Oboje wyglądali już na trochę zmęczonych podróżą i poszukiwali własnie miejsca, gdzie mogliby się na trochę zatrzymać i odpocząć.
- Myslisz że znajdziemy w tym mieście jakieś zajęcie ? – zwróciła się do swego przyjaciela dziewczyna.
- Na pewno – odpowiedział z uśmiechem patrząc na nią – Powiedz mi, Justine czy ty nie masz przypadkiem już dość takiego życia? Tej ciągłej podróży z miasta do miasta, z kraju do kraju, nie wiedząc co będzie jutro? Może chciałabyś mieć gdzieś osiąść na stałe, mieć dom…
- I zmienić się w jakąś tłustą kurę domową, która pół życia spędza w kuchni? Nie dzięki… – roześmiała się w głos a jej śmiech brzmiał jak dźwięk dzwoneczków używanych przez kapłanów w świątyniach podczas ważnych uroczystości. Snake tak bardzo lubił słuchać jak się śmiała, potrafiła tym odgonić od niego najczarniejsze złe myśli.
- Zresztą po miesiącu ty też miałbyś tego dosyć – dokończyła swą wypowiedź – Poszukajmy lepiej jakiegoś baru, jestem trochę głodna, a wiem że ty też…
Justyna miała rację. Snake nie mógłby żyć bez przygód. To one sprawiały, że życie miało sens a każdy następny dzień różnił się czymś od poprzedniego. Przez ostatnie pięć lat zwiedzili razem mnóstwo różnych krain, za każdym razem niosąc pomoc tym, którzy jej potrzebowali. Co mogłoby więc być lepszego? Nie znali i nie chcieli znać innego życia niż to, które prowadzili.

Wnętrze jednej z portowych jadłodajni w której się znaleźli było typowe dla tego typu lokali. Drewniane meble, wystrój przypominający trochę pokład statku z zawieszonymi na scianach obrazkami o tematyce morskiej i ubrany po marynarsku, zawsze wesoły barman sprawiały że tawerna „Pod Złotym Smokiem” nie wyróżniała się niczym szczególnym. Mimo to była uważana za najlepszą w tej częsci miasta. Bijatyki zdarzały się tu raczej rzadko a jedzenie i trunki zawsze były odpowiedniej jakosci. Snake i Justyna siedzieli przy jednym ze stolików pod oknem i posilali się wędzonym węgorzem – specjalnoscią zakładu. Oprócz nich wewnątrz restauracji było tylko trzy osoby – zapewne marynarze nie mający chwilowo nic do roboty na pokładzie, którzy grali w karty pociągając raz po raz ze stojących przed nimi kufli. Do tawerny weszła jeszcze jedna osoba, budząc usmiech na twarzy barmana który liczył na kolejny zarobek. Postać ta ubrana była w długą niebieską szatę z kapturem zasłaniającym jej twarz, jednak po budowie ciała można było poznać, że jest to kobieta, a raczej młoda dziewczyna. Tajemnicza nieznajoma nie podeszła do baru, lecz stanęła posrodku sali jakby się nad czyms zastanawiała. Po chwili skierowała swe kroki do stolika Justyny i Snake’a.
- Witajcie – odezwała się cichym głosem – Snake i Justyna, czy tak?
- Tak nas nazywają – powiedział Snake i spojrzał na nią pytająco.
- Przepraszam was, nie przedstawiłam się… – zmieszała się trochę nieznajoma – Na imię mam Veronica.
Justyna wskazała jej gestem by usiadła. Veronica usmiechnęła się i przysunęła do stołu krzesło, po czym zsunęła z głowy kaptur. Podobnie jak Justyna miała długie i jasne włosy, z tym że splecione były one w opadający na plecy warkocz. Oczy jej były koloru niebieskiego i to w tak jasnym odcieniu, jakiego oboje dotąd nie widzieli. Veronica miała też piękną twarz o delikatnych rysach i reprezentowała typ urody niespotykany w tym nadmorskim kraju, gdzie żyli ludzie o ciemnych włosach i opalonych na brąz ciałach. Jej skóra była natomiast prawie tak jasna jak snieg. Może więc dlatego była tak szczelnie okryta płaszczem?
- Nie jestes stąd – zauważył Snake – Słyszałas o nas?
- Tak… W pewnym sensie… Tu też krążą o was opowiesci. Ale ja was widziałam. Najpierw we snie, a potem…
Może zacznę od początku. Snake ma rację, nie pochodzę z tej ziemi. Urodziłam się daleko stąd, na północy. Mój ojciec pełnił zaszczytną i ważną funkcję w moim kraju, więc mnie i całej naszej rodzinie nie brakowało niczego. Ale przez ludzką złość i zazdrość musieliśmy porzucić nasz dom i uciekać. Wtedy umarła moja matka i zostałam tylko z ojcem…
- Znam to uczucie… – powiedziała cicho Justyna. Veronica spjrzała na nią i posłała jej delikatny uśmiech.
- Ja byłam wtedy jeszcze małą dziewczynką… Podróżowaliśmy po świecie, a potem trafiliśmy tutaj. Okazało się że brat mojej mamy jest zarządcą tego miasta. Zbudowaliśmy więc dom, poszłam do szkoły… – na chwilę zamilkła, jakby zastanawiając się w jaki sposób powiedzieć coś, co było ważne a zarazem miało małe szanse by spotkać się ze zrozumieniem.
- Może się napijesz? – zapytał Snake. Sięgnął po dzban w którym znajdowało się słodkie, młode wino spożywane w tym kraju w ogromnych ilościach. Napoju pozostało jednak niewiele, tak że widać już było prawie dno naczynia – Zaraz przyniosę jeszcze…
- Nie trzeba – Veronica położyła rękę na powierzchni naczynia. Kiedy po chwili cofnęła dłoń, dzban był znowu pełny.
- Chodziłam do szkoły magii mistrza Aspergillusa – wyjaśniła gdy spotkała się ze zdziwionym wyrazem brązowych oczu Justyny i zdumieniem na twarzy Snake’a. Często też wypływałam z ojcem na morze, bo znalazł zatrudnienie jako kupiec. Pewnego dnia jednak nie chciałam płynąć. Było święto, w mieście był festyn… Nigdy więcej już go nie zobaczyłam… Kilku ocalałych marynarzy ze statku ojca opowiadało potem dziwne historie o zielonej mgle i o tym że ocean ożył i pochłonął statek. Nikt im nie wierzył, uznano ich za obłąkanych. Ale teraz to wróciło…
- Tak, słyszeliśmy jak rozmawiali o tym marynarze w porcie – odezwał się Snake – Podobno zaginęło już pięć okrętów.
- Ludzie są bezradni, ale ja wiem kto za tym stoi – powiedziała Veronica – Wczoraj w nocy miałam wizję. To Karim Shigh, czarnoksiężnik z Ashabdah. Chciałabym coś zrobić, zanim zatonie kolejny statek i zginą niewinni ludzie… Ale magowie odporni są na zwykłą stal, a moje czary są jeszcze zbyt słabe. Żeby mu się przeciwstawić, muszę odnaleźć Miecz Przeznaczenia. To jedyna broń na ziemi, która może pokonać jego złe moce. Przez setki lat uważano że Miecz nie istnieje, że to tylko legendy… Ale wczoraj jego moc dała o sobie znać. Jest gdzieś na terenie Ashabadu…
- I trzeba go znaleźć zanim wpadnie w ręce maga… – podchwycił Snake.
- Snake, chyba nie masz zamiaru…? – Justyna spojrzała na jego zdecydowaną minę –A z resztą! Ruszamy po ten miecz!
- Popłynę z wami, by was osłaniać – powiedziała czarodziejka – Poza tym… może wreszcie się dowiem co spotkało mojego ojca… Dzięki za pomoc. Jesteście ostatnią nadzieją tego królestwa.
- Ratowanie świata weszło nam w krew – zażartował Snake.
- Zwykła codziennośc – dodała Justyna –A gdzie spędzimy noc?
- Chodźcie do mnie – zaproponowała Veronica – Mam dużo miejsca…
Cała trójka podniosła się z krzeseł i podążyła do wyjścia. Do wieczora było jeszcze trochę czasu, ale oni musieli porządnie wypocząć. Nikt przecież nie wiedział ile dni czy miesięcy zajmie im misja, której się podjęli.

Veronica minęła bramę fortu znajdującego się w północnej częsci Plinth. Budynek ten fortem był już tylko z nazwy, bo obecnie służył za siedzibę zarządcy miasta. Jej wuj który sprawował tę funkcję nie należał do ludzi odgradzających się od innych wysokim murem i dziesiątkami strażników, kiedy tylko wzrosnie ich pozycja w społeczeństwie. Jego dom zawsze był otwarty na ludzi. Bądź co bądź był teraz za nich odpowiedzialny. W ogrodzie pracował tylko ogrodnik, który zobaczywszy Veronicę szybko odwrócił głowę a kiedy się oddaliła splunął przez lewe ramię. Dziewczyna otworzyła drzwi i weszła do srodka. Znalazła się na obszernym holu z którego dało się wejsć do różnych pomieszczeń. Wybrała proste drewniane drzwi w rogu. Prowadziły one do niewielkiego, ale przytulnego pokoiku na końcu którego znajdywały się jeszcze jedne drzwi, tym razem zaopatrzone w szybę z wyrzeźbionymi w szkle wzorami kwiatów. Za nimi znajdował się kolejny znacznie większy pokój, a w fotelu siedział starszy już mężczyzna o siwiejących włosach zajęty pzeglądaniem jakichs papierów. Na jej widok jednak odłożył je na bok i wstał by ją powitać.
- Veronica! Co za niespodzianka… Przyszłas odwiedzić starego wuja?
- Niezupełnie… – odezwała się dziewczyna – Ale miło Cię znów widzieć, wujku
- Co więc Cię sprowadza? Może mógłbym Ci w czyms pomóc? – nadal nie krył zadowolenia z odwiedzin siostrzenicy. Rzadko się widywali, ponieważ miał sporo obowiązków ale kochał ją jak własną córkę.
- To ja chciałabym pomóc… Nam wszystkim…
- Nie rozumiem – zdziwił się – O czym mówisz?
- O tym co dzieje się z tymi wszystkimi statkami. Wiem kto jest za to odpowiedzialny.
- A więc mów, a już niedługo zamieszka ze szczurami w lochach Errantii!
-To nie takie proste, wujku – usmiechnęła się Veronica – To potężny czarnoksiężnik… Ale wiem co należy zrobić. Znalazłam ludzi, którzy mi pomogą. Potrzebuję jednak jeszcze jednego, choćby małego statku. I kogos kto go poprowadzi.
Mężczyzna zamilkł na chwilę rozważając cos w myslach. Zrobił kilka kroków w stronę okna, przystanął przy nim na chwilę po czym odwrócił się i rzekł:
- Nie chcę żebys tam płynęła. To zbyt niebezpieczne. Z całej naszej rodziny mam już tylko Ciebie jedną. Poza tym, Twój ojciec…
- Zginął w taki sam sposób, pamiętasz?
- Pamiętam. I dlatego nie chcę żeby historia się powtórzyła. Zostań, sama przecież mówiłas że ten… czarnoksiężnik… dysponuje wielką mocą. Jestes pewna że potrafisz mu dorównać?
- Nie wiem wujku – powiedziała Veronica – Ale powinnam spróbować. Bo jeśli nie ja, to kto? Przecież uczyłam się magii…
- No nie wiem… Może nie powinienem cię zatrzymywać… Może to własnie ty jestes jedyną osobą, która potrafi powstrzymać to zło… Ale boję się o ciebie…
- Wszystko będzie dobrze – Veronica pocałowała go w policzek –Nie martw się!
- A ci twoi przyjaciele? Kim są?
- To wielcy bohaterowie. Dokonali już wielu sławnych czynów. A z magią też mieli do czynienia. Czy wiesz kto uwolnił ostatnio miasteczko Cattryard od tych demonów, które zeszły z gór?
- To oni? – przypomniał sobie ostatnie doniesienia z odległej o wiele tygodni drogi granicy państwa.
- Więc i z tym czyms damy sobie radę. Potrzebujemy tylko statku i kilku ludzi…
- Statek się znajdzie… gorzej z załogą. Po tych ostatnich wydarzeniach ludzie boją się czarów… Nawet jeśli czarodzieje wyglądają tak jak ty – spojrzał na jej niewinną twarz otoczoną jasnymi włosami. I te jej niebieskie oczy będące uosobieniem spokoju. Jak to możliwe by taki ktos mógł budzić podejrzenia?
- Zauważyłam – powiedziała dziewczyna. W tej własnie chwili przez uchylone drzwi do pokoju wszedł młodzieniec ubrany w prosty marynarski ubiór. Miał może ze dwadziescia lat, nieco ciemniejsze od Veroniki włosy ale takie same jasnoniebieskie oczy.
- Veronica… – spojrzał na stojącą przed nim dziewczynę. Jej niepospolite piękno sprawiało że słowa uwiązły mu w gardle. Szybko jednak doszedł do siebie, żeby dziewczyna nie zauważyła w jaki stan wprawił go jej widok – Cieszę się że cię widzę… Dużo czasu minęło!
- Witaj Rollandzie – usmiechnęła się czarodziejka. Lubiła swego kuzyna. Zawsze razem miło spędzali wolny czas, chociaż ostatnio brakło go im obojgu.
- Słyszałem waszą rozmowę. Moi przyjaciele chętnie się zgodzą, a i ja popłynę…
- Ty też? – zdziwił się jego ojciec – Powinienem przewidzieć, że to tak się skończy… Czy wy wiecie w co się ładujecie?
- Tato, jestem już dorosły. Wreszcie nadeszła chwila żeby zrobić cos pożyteczniejszego niż obijać się po porcie. Mam rację?
Te ostatnie słowa odnosiły się do Veroniki.

Ostry dziób statku przecinał gładką powierzchnię morza. Znajdujący się powyżej wizerunek smoka sprawiał wrażenie żywego, patrzył jednak na swiat wykonanymi z bursztynu oczami, a jego skóra po dokładniejszym przyjrzeniu się okazywała się być tylko doskonale wyrzeźbionym, malowanym drewnem. Figurka była ozdobą tego sredniej wielkosci statku, a zarazem herbem narodowym kraju. „Bazyliszek” nie był dużym statkiem. Nie posiadał więc licznej załogi. Po pokładzie przechodzili co chwilę młodzi chłopcy o opalonych ciałach i ciemnych włosach, ale na całym statku było ich zaledwie kilkunastu, nie licząc sternika i kucharza, który dosć niechętnie zgodził się na tę wyprawę. Rolland był jednak znakomitym negocjatorem i skusił go obietnicą wysokiej wypłaty po powrocie do domu i dodatkowych korzysci, jeśli dobrze spisze się w okrętowej kuchni. Dzień był pogodny i bardzo ciepły, typowy dla klimatu w jakim się znajdowali. Czwórka bohaterów stała na rufie i patrzyła na ledwie widoczny już na horyzoncie zarys lądu.

no i na razie tylko tyle napisalem…
jak napisze ciag dalszy – od razu pojawi sie tutaj :-)

Zgodnie z przewidywaniami – oblalem. W sierpniu trzeba sie bedzie przymierzac pomalu do poprawek które beda na poczatku wrzesnia.
Niektórzy nasi po uslyszeniu wyroku poszli… na piwo. A co im tam!
Pod koniec tygodnia mamy cwiczenia terenowe z zoologi, jak juz wczesniej pisalem. Jak wróce – opisze wam co sie na nich ciekawego zdarzylo :-)

- Snake, kochany… – wyszeptała.
- Justynka! – Snake początkowo się ucieszył, ale za chwilę zorientował się w sytuacji i powiedział do dziewczyny – Dlaczego tu przyszłaś? Tu nie jest bezpiecznie, mogłaś zginąć…
- Nie mogłam cię zostawić w takiej chwili…
- Szybko! – Snake zauważył, że jego żołnierze wzięli już górę nad wrogami – Trzeba to powstrzymać!
Pobiegł na wzniesienie na którym przed chwilą ujrzał Jumbę, wciąż trzymając za rękę Justynę i prowadząc ją ze sobą.
47
- Dosyć tego! Przestańcie! – zawołał na cały głos – Wzywam was do odwrotu!
Na wzgórze przybył również Ferdinald i krzyknął donośnym głosem:
- Wygraliśmy! Zaprzestać walki! Natychmiast!
Wojownicy początkowo niechętnie, ale gdy jeszcze raz powtórzył wezwanie i gdy poparł go Snake, zatrzymali się i spojrzeli na wzgórze. Również i meksykańscy żołnierze opuścili swe miecze i niepewnie patrzyli na Snake’a, Ferdinalda i Justynę nie wiedząc, co ich czeka. Niektórzy z nich jednak w stojącej na górce dziewczynie rozpoznali swoją księżniczkę i szeptali coś do innych z nadzieją, na pomyślny koniec bitwy. Głos zabrał Ferdinald.
- Ludzie! Ten niepotrzebny rozlew krwi jest bez sensu! O co tak naprawdę wam chodzi? Czy warto tak zabijać się bez powodu?
Spojrzeli po sobie. Tak naprawdę nikt nie wiedział po co i o co walczą. Wypełniali tylko rozkaz swego przywódcy, Victora.
- Pogódźcie się – zaapelował Snake – Nasze narody mogą żyć w przyjaźni. Ja w to wierzę.
Na potwierdzenie jego słów Justyna objęła go za szyję i przytuliła się do niego.
- Nie ma sensu dalej się zabijać! – zakończył Snake. Po zebranych przebiegł słaby szmer.
- Przypomnijcie sobie słowa mojego ojca, króla Villagro! – powiedziała Justyna – Przez pamięć o nim, zakończcie ten spór!
Rozległy się okrzyki aprobaty dla jej słów. Pokój był już niemal zapewniony. Nagle Justyna zobaczyła w dole coś, co ją przeraziło. Szybko zbiegła z góry i dopadła ciała swojego brata. Victor żył jeszcze, ale widać było, że są to już jego ostatnie chwile.
– Bracie… – położyła dłoń na jego piersi. Victor otworzył oczy.
– Justyna? – wymówił z trudem – Wybacz mi, postąpiłem bardzo źle…
– To nic – Justyna objęła go rękoma – To nic…
Przy dziewczynie pojawili się Ferdinald i Snake. Ferdinald ukląkł przy umierającym i przyłożył rękę do jego głowy, potem w okolicy serca. Powoli odjął rękę i w milczeniu pokręcił głową. Z oczu dziewczyny spłynęły łzy.
– Wybaczcie mi – powiedział Victor – I bądźcie szczęśliwi…
Snake pochylił się przy nim.
– Wyzdrowiejesz, bracie… Jesteś silnym mężczyzną… Ferdinald spróbuje jeszcze raz…
– Nic mi już nie pomoże… Justynko, to ja… zabiłem ojca. Byłem głupi…
Justyna nic nie mówiła, tylko w milczeniu przytuliła się do niego.
- Wybaczcie i trzymajcie się… – nagle skrzywił się z bólu – Pali mnie w środku… Ogień…
Victor znieruchomiał. Ferdinald zamknął mu oczy. Snake przytulił do siebie Justynę. Ci, którzy stali bliżej i widzieli, co się stało, przekazali tą wieść innym. Zapadła cisza. Niedługo jednak potem dały się słyszeć pojedyńcze okrzyki, które z czasem zaczęły przybierać na sile:

48
- Niech żyją Snake i Justyna!
- Justyna naszą nową królową!
- Wiwat Snake i Ferdinald!
Ferdinald uniósł rękę w górę i tłum zamilkł.
- Co myślicie o propozycji połączenia naszych państw pod wodzą jednego i sprawiedliwego władcy? Bez głodu, podatków i wojen?! Ziemia dla wszystkich?!
W powietrzu zabrzmiał chóralny okrzyk zadowolenia.
- Snake i Justyna na naszych nowych władców! – zawołał Ferdinald.
Tłum zaczął wiwatować. Snake i Justyna spojrzeli na siebie. Obydwoje wiedzieli, że nie chcą się dłużej w to bawić. Snake zwrócił się więc do wszystkich:
- Proponuję, by nowym królem został Ferdinald! Z takim królem nic wam nie grozi!
- Ferdinald jest sprawiedliwy i pomoże każdemu, kto poprosi go o pomoc.
Pomimo obaw, lud przyjął ten pomysł życzliwie. Nawet mieszkańcy Mexico nie mieli nic przeciwko temu. Ferdinald rozłożył bezradnie ręce.
- Nie wiem… Chyba nie powinienem.
- Ferdi… – Justyna spojrzała na niego i zrobiła słodką minę – Proszę cię, zrób to dla nas!
- No dobrze – poddał się Ferdinald – Niech wam będzie… Ale pod warunkiem, że jutro będzie wesele!

Przed bramą miasta zebrały się setki ludzi, niektórzy z nich posiadali na ruinach muru, pozostali na trawie. Dzieci biegały pomiędzy dorosłymi, starcy popijali w cieniu wino z głębokiego dzbana. Snake, Justyna i Ferdinald stali pośrodku otaczającego ich tłumu ludzi, wśród których byli ich przyjaciele. Snake żałował, że nie było już przy nich Marco i Rocco, którzy polegli w walce. Wzrok Justyny natrafił na stojącą niedaleko Nastasię. Uśmiechnęły się do siebie.
- Zebraliśmy się tu dziś, by połączyć ze sobą na zawsze tę oto parę – powiedział uroczyście nowy król Ferdinald – Snake’a, syna drwala Zamunda z północy Green Hills i Justynę, córkę Villagro Drugiego, króla meksykańskiej ziemi.
- Czy jesteście pewni swej decyzji? – zwrócił się do Snake’a i Justyny.
- Tak – odpowiedzieli zgodnie, patrząc sobie w oczy. Ferdinald wziął rękę Snake’a i małym nożykiem naciął mu skórę na palcu. Po chwili pojawiła się na nim kropelka krwi. Następnie wziął rękę Justyny i uczynił to samo. Złączył ich ręce ze sobą.
- Odtąd jesteście związani więzami krwi, mocniejszymi niż ogniwa najtwardszego łańcucha, trwalszymi niż góry i morza. Ogłaszam was mężem i
49
żoną!
Ich usta złączyły się w pocałunku. Z tłumu podniósł się okrzyk radości.
- Toast za zdrowie Snake’a i Justyny! – zawołał Ferdinald wznosząc do góry puchar z winem.
Wszyscy wznieśli w górę swe kubki, kielichy, gliniane naczynia i dzbany – co tylko kto miał. Po wypiciu ich zawartości niektórzy rozbili naczynia o ziemię, by – jak mówili – przywołać szczęście.
- Nie rozbijajcie swoich kielichów, bracia i siostry! – zawołał Hallmark przytulając do siebie zgrabną dziewczynę o miłym uśmiechu – Bo czeka was jeszcze jeden toast i jeszcze jeden ślub! Wypijcie za Hallmarka i Nicolę!

I tak zabawa trwała aż do wieczora, kiedy to nowo poślubieni Justyna i Snake pożegnali swoich bliskich i zaczęli zbierać się do odejścia w nieznane.
- Jumba – Snake uścisnął dłoń przyjaciela – Jeszcze raz dziękuję za pomoc w zakończeniu tej wojny. Dużo dla nas zrobiliście. Nalegam również, abyście zostali w mieście. Teraz tu jest wasz dom!
- Dziękuję ci, Snake, ale nasze miejsce jest w lesie. Kiedyś się jeszcze pewnie zobaczymy – powiedział Jumba podając mu rękę.
- Na pewno!
Snake pomachał Gladiusowi, Ferdinaldowi, Mauzerowi i Hallmarkowi z Nicolą na pożegnanie. Wziął Justynę za rękę i skręcili z piaszczystej drogi na pełną kwiatów łąkę, kierując się w stronę zachodzącego słońca. Tłum powoli rozchodził się do swoich domów. Następnego dnia miała rozpocząć się planowana przez Ferdinalda odbudowa zniszczonej części miasta. Najdłużej na placu pozostał Gladius, który patrzył na znikających w oddali przyjaciół. Jedynym widocznym z daleka ich śladem były już tylko czerwone spodnie Justyny. Gladius odwrócił się z zamiarem powrotu do miasta, gdy przy gruzach rozwalonego muru zobaczył Nastasię, która również została tu jako jedyna z mieszkańców Mexico do końca, by pożegnać swoją panią. Ich oczy spotkały się. Coś było w tym głębokim spojrzeniu i lekkim uśmiechu na twarzach obojga: zwykła uprzejmość, oznaka przyjaźni… A może miłość?

THE END


  • RSS