fantasticabialystok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2003

——

6 komentarzy

Pozdrowienia
dla
wszystkich
!!!!!!!!!!!

Cześć! Po wczorajszym dniu spędzonym na poprawie sprawozdań z fizyki i przeliczaniu głupich wzorów, dziś wreszcie o czwartej nad ranem zakończyłem przepisywanie i o godzinie ósmej w instyyucie fizyki dorwałem doktorka żeby wręczyć mu to czego tak rozpaczliwie żądał. Łaskawie zaliczył ćwiczenia i teraz została już tylko botanika za tydzień – a potem jeśli wszystko będzie dobrze wakacje. W pierwszym tygodniu lipca mamy jeszcze ćwiczenia terenowe z zoologii, bedziemy sobie łazić po polach i oglądać żuczki i motylki. Nie ma to jak biologia…
Poza tym na razie nic ciekawego, no może tylko to że wreszcie działa telewizor. Tydzień temu popsuł się drań i trzeba było czekać na gościa z naprawy. Właściwie okazało się że to nie TV nie działa, tylko pilot wysiadł :-)
Dziękuję wszystkim którzy trzymali za mnie kciuki na egzaminach i mówili że
zdam…
Pozdrowionka!

Mialem przed soba taki trudny egzamin z chemii ze nawet nie da sie tego opisac. Nawet nie bylo mowy zebym napisal to sam. Jednak dzieki pomocy kolegow i sciagom udalo sie pokonac ta cholernie trudna chemie. I wydawalo sie ze teraz juz wszystko pojdzie zgorki. Czekala jeszcze fizyka, ale profesorek powiedzial ze jak ktos ma zaliczone cwiczenia to trojke postawi na pewno. I wlasnie diabel tkwi w szczegolach. Do zaliczenia cwiczen brakuje kilku punktow. Kazde sprawozdanie ktore zanosze gosciowi od cwiczen jest przez niego oceniane negatywnie, uwzial sie czy co?! Mam jeszcze jedna szanse na poprawe ale jak sie nie uda to pomimo tylu wysilkow ze wszystkim, pomimo wygranej z chemia i pomocy wielu ludzi – takie male gowno jak cwiczenia z fizyki moze mnie zalatwic.
Sorki za wyrazenia ale jestem troszke wkurzony na ta lajze.

W poniedzialek zaliczalismy zielnik, 50 roslinek ktore trzeba bylo zebrac i oznaczyc. dostalem 5-. (zeby tylko to nie poszlo na marne przez ta bezczelna fizyke). Ale najciekawsze jest to jak nas traktowaly tego dnia dziewczyny z naszej grupy. Nie tylko zaczely nas zauwazac – one po prostu same sie odzywaly, usmiechaly, zartowaly i byly mile jak nigdy. Wiec moze wiedza o tym ze chcielismy im pomoc wtedy w lesie? Cos w tym jest…
Przepraszam ze tak pisze, ale znowu cos sie popsulo i nie mam polskich liter.

Pozdrawiam Wiole, Ole, Perka, Herpii i wszystkich, ktorzy tu od czasu do czasu zagladaja :-)

Crato usłyszał szelest wyciąganej przez Snake’a broni. Momentalnie się odwrócił i dobył swojego miecza.
- I znowu się spotykamy… – wyszczerzył zęby –Ale nie na długo. Teraz ja tu rządzę!
Crato uniósł swój miecz i zaatakował. Spadające w dół stalowe ostrze zostało ze zgrzytem odbite przez miecz Snake’a . Zaatakował więc ponownie. Całą swą mocą wykonał pchnięcie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Snake. Ten jednak odskoczył w bok mierząc ostrzem w serce przeciwnika. Crato, w wyniku uderzenia, które trafiło w próżnię, omal się nie przewrócił. Snake wykonał
niebezpieczne cięcie mieczem, ale jego cios został odparowany i Snake zadał przeciwnikowi tylko powierzchowną ranę na przedramieniu. Crato przerzucił szybko miecz do drugiej ręki i wymierzył nim cios prosto w serce Snake’a, który ponownie szybko zareagował uchylając się przed śmiertelnym dotykiem stali. Crato wykorzystując chwilę jego nieuwagi, kopnął go w brzuch. Snake zachwiał się, ale jeszcze nie upadł. Stało się to dopiero, kiedy jego przeciwnik podstawił mu nogę. Crato podniósł wtedy swój miecz do zadania ostatecznego ciosu, Snake jednak wciąż leżąc na ziemi wymierzył mu celne kopnięcie w dolną część brzucha. Crato cofnął się kilka kroków, zataczając się. Snake podniósł się na nogi i jeszcze raz kopnął przeciwnika, który stracił równowagę i upadł do tyłu., wprost na barierkę tarasu. Upadłby z pewnością ze znacznej wysokości, gdyby nie podtrzymał się ręką. Wisiał tak na jednej ręce ze strachem spoglądając na dół. Snake podszedł do niego i podał mu rękę. Crato chwycił ją i Snake wyciągnął go na taras.
- Dzięki – mruknął Crato i zamachnął się mieczem. Snake był jednak szybszy. Sprawnie wytrącił mu broń z ręki. Miecz z brzękiem upadł na posadzkę. Następnie Snake podstawił mu nogę i pchnął go do tyłu. Crato upadł na ziemię. Teraz Snake, podobnie jak wcześniej Crato, stał nad nim gotów do zlikwidowania wroga. Wzniósł swój miecz do góry. Wtedy to z drzwi prowadzących do pokoju wybiegła Justyna.
- Snake, nie rób tego! Ty nie jesteś taki jak on!
W ślad za nią na taras wyszli Gladius i Rocco. Snake odrzucił swój miecz.
- Zabierzcie stąd tego psa! Nie chcę go więcej widzieć!
Przyjaciele podnieśli z ziemi Crato i wykręciwszy mu ręce do tyłu poprowadzili na dół po schodach do lochów, gdzie miał już zapewniony dłuższy pobyt. Wkrótce cała czwórka znalazła się na dole. Ogień obejmował już blisko połowę miasta.
- Co robić? – zapytał Snake – Za chwilę wszystko pójdzie z dymem!
- Jesteśmy bezsilni… Możemy tylko modlić się o deszcz – powiedział Gladius.
- Niekoniecznie…– przerwał mu Rocco – Zawołajcie Ferdinalda, on coś poradzi!

Walka ze zwolennikami Crato jako nowego, bezlitosnego króla była zakończona. Miasto wyglądało jednak okropnie. Wszędzie przewracały się połamane sprzęty, szczątki popalonych domów, ulice pełne były szkła z porozbijanych okien i świeżych trupów. Wkrótce po tym, jak Ferdinald ugasił pożar sprowadzając deszcz dzięki rysowanym na piasku dziwnym znakom, ocaleni mieszkańcy i żołnierze zabrali się do porządkowania terenu wokół niezniszczonej jeszcze części miasta. Pracę zaczęli od wyniesienia ciał zabitych i ułożenia ich na pogrzebowym stosie w przypadku mieszkańców miasta lub wyrzucenia pod lasem w przypadku najeźdźców. Niedługo potem ze stosu strzelały sięgające wysoko w górę płomienie, a na obrzeżach lasu zaczęły się zbierać wygłodzone wilki. Następnie wszyscy wzięli się do remontu domów, które nadawały się jeszcze do użytku. Wśród pracujących znaleźli się Gladius, Rocco i Hallmark. Snake z Justyną i Ferdinaldem siedzieli w jednym z pokoi na zamku i ustalali plan dalszych działań mających na celu odbudowę miasta i zapewnienie pozbawionym dachu nad głową mieszkańcom tymczasowego schronienia. Pokój tonął w złotym blasku słońca wpadającego przez duże, panoramiczne okno. Po intensywnej ulewie sprowadzonej przez Ferdinalda niebo rozpogodziło się, a słońce zachodziło przybrawszy czerwoną barwę. Również i niebo pod wpływem jego promieni wydawało się być czerwone jak ogień. W oddali tysiącami srebrzystych iskierek mieniła się rzeka. Drzwi pokoju nagle otwarły się z hukiem uderzając o ścianę i do środka wpadł chłopiec ze służby zamkowej, wyraźnie czymś zdenerwowany.
- Panie! – zwrócił się do Snake’a ale spojrzał też na Ferdinalda, nie wiedząc do kogo ma się zwrócić – Kapitanie Ferdinaldzie!
Spojrzał też na Justynę, ale nie wiedział co powiedzieć. Zaczął przestępywać z nogi na nogę.
- Mów wreszcie! – powiedział Snake. Wszyscy troje zwrócili swe oczy na chłopca. Ten, zamiast odpowiedzi wskazał palcem w kierunku okna. Snake podszedł do szyby i stanął jak wryty. Widząc to, zaciekawiony Ferdinald również wstał z fotela i stanął obok niego. Za oknem, w oddali poruszały się czarne punkciki. Ciągnęły w stronę rzeki, wyglądającej stąd jak wstążka. Z tak daleka nie można było dostrzec żadnych kształtów, ale Snake wiedział, że była to duża ilość uzbrojonych, gotowych do walki wojowników z Mexico.
- No, chłopie! – powiedział smutno Ferdinald – Czeka nas jeszcze jedna, ostatnia bitwa…

Na zewnątrz zapanowało zamieszanie. Widać już było że ku miastu zbliża się wrogie wojsko. Ponadto wszyscy byli wykończeni poprzednią, ledwie zakończoną walką. Było też mnóstwo rannych. Niektórzy uważali ostatnie wypadki za przekleństwo bogów i nie robili nic, gdyż wiedzieli, że nie ma sensu walczyć z przeznaczeniem. Gladius, Rocco i Hallmark uwijali się wśród tłumu formując oddziały z nadających się jeszcze do walki mężczyzn. Mauzer z Ferdinaldem rozdawali broń, Snake natomiast obserwował wszystko z tarasu, na którym niedawno zmierzył się z Crato. Obok niego stała Justyna i patrzyła smutno na przygotowania do od dawna oczekiwanej wojny.
- Snake… – powiedziała cicho – Ja… nie mogę życzyć wam powodzenia w tej walce… Mimo wszystko, to są moi krewni…
- Rozumiem – powiedział Snake – przytulając ją do siebie – Nikt z nas nie chce tej wojny.
- Nie rozumiem tego świata – odezwała się do niego – Dlaczego nasi bliscy skaczą sobie do gardeł?
Z wieży zamkowej zabrzmiał donośny dźwięk rogu wzywającego do rozpoczęcia walki. Trzeba było wyjść z miasta i zmierzyć się z wrogiem w otwartym polu, by nie zamienić stolicy królestwa w kompletną ruinę.
- Muszę jechać – powiedział Snake. Nie mógł już dodać nic więcej. Wszystko było tak oczywiste, że słowa były tu zbędne.
- Uważaj na siebie – Justyna patrzyła na niego. Wiedziała, że może to być już ostatnie ich spotkanie. Wkrótce zbrojni żołnierze na koniach opuścili granicę miasta wyznaczoną przez ruiny murów. Za nimi podążyli Jeźdźcy z Vanaheimu pod wodzą Ferdinalda. Justyna została sama na wielkim tarasie po zachodniej stronie zamku, wewnątrz którego schroniły się kobiety i dzieci z miasta, oraz ranni żołnierze niezdolni do walki. Niebo nad polem bitwy i zamkiem płonęło ognistą czerwienią.

Dwie przeciwne strony starły się ze sobą w pojedynku, który dla wielu był już ostatnim. Dźwięk zderzającej się stali, krzyki umierających i rżenie przerażonych rozlewem krwi koni niosły się na znaczną odległość. Gladius i Hallmark trzymali się dzielnie mimo kilku krwawiących ran. Ferdinald wymachiwał zawzięcie swoim ciężkim mieczem we wszystkie strony. Co chwila pod jego uderzeniem spadała głowa jakiegoś wroga, lub kolejny przeciwnik z rozciętym brzuchem spadał ze swego konia by ostatecznie zostać zadeptanym zarówno przez swoich towarzyszy jak i wrogów. Rocco, trochę na uboczu toczył zacięty pojedynek z Don Falco, który swoimi umiejętnościami dorównywał mu w walce. Miecze ich często zderzały się ze sobą, kolejne ciosy były odparowywane a każde uderzenie trafiało na precyzyjnie wykonany unik. Wreszcie jednak szczęście przestało sprzyjać Rocco. Czy to zmęczenie, czy chwila nieuwagi sprawiły, że nie zdążył osłonić się przed spadającym z góry ostrzem, które dosłownie rozłupało mu głowę na pół. Trup Rocco osunął się na ziemię. Widząc to, Ferdinald w porywie wściekłości przebił się przez ogarnięty walką tłum i wzniósł swój potężny, żelazny miecz w celu pomszczenia przyjaciela. Głowa Don Falco, zwanego dotychczas Niezwyciężonym, potoczyła się po ziemi brudząc trawę wyciekającą krwią. Jeźdźcy sprowadzeni przez Snake’a i Ferdinalda również czynili spustoszenie wśród wrogów. Nie dało się ukryć ich doskonałego opanowania wojennego rzemiosła, tak więc ciągle pod gradem ich ciosów padali kolejni przeciwnicy. Pomimo tego wróg wciąż jeszcze miał przewagę.

Justyna wyszła z zamku i zdecydowanym krokiem podążyła w stronę stajni. Na szczęście znalazła tam jeszcze jednego wolnego konia. Szybko go osiodłała i dosiadła. Wiedziała, że jeśli Snake zginie, nie było już nic, co by ją trzymało na tej ziemi. Z nadzieją, że obroni ukochanego, nawet – jeśli będzie trzeba – za cenę swojego życia, wzięła leżący na ziemi, nieco już wyszczerbiony miecz na którym znać było jeszcze ślady świeżej krwi, wytarła go o trawę, po czym popędziła konia i ruszyła w stronę wciąż walczących, wrogich sobie wojsk.
Snake walczył dzielnie, otoczony chmarą nieprzyjaciół. Rozdawał ciosy na prawo i lewo, sam również bronił się przed uderzeniami. Miał już kilka powierzchownych ran, mimo tego bohatersko stawiał opór przeciwnikom. Z pomocą przybiegł mu Gladius i Ferdinald, razem oczyścili teren z nieprzyjaciół, ale wrogów było wciąż za dużo. Ferdinald w pośpichu poinformował Snake’a o śmierci Rocco, powiedział też, że nie należy tracić nadziei na wygraną. Sam jeden ruszył na dwóch zbliżającym się ku nim meksykańców. Po chwili obaj skręcali się w agonii. Gladius zajął się rosłym osiłkiem, który właśnie się do niego zbliżał. Przed Snake’m jak spod ziemi wyrósł nagle Victor. Snake stanął w pełnej gotowości do walki, jednak Victor wprawnym ruchem wytrącił mu miecz z ręki. Sam natomiast wzniósł w górę swój, ozdobiony złotą rękojeścią i wyposażony w długie ostrze miecz. Natychmiast jednak wypuścił go z rąk i upadł na plecy, rozciągając się na trawie. Powodem tego była tkwiąca w jego brzuchu strzała, zapewne zatruta. Snake odwrócił się w kierunku, z którego przyleciała. Na niewielkim wzniesieniu, trochę powyżej tłumu zabijaków z obu armii, stał Jumba. Jego białe zęby wyszczerzone w przyjaznym uśmiechu kontrastowały z ciemnobrązową barwą jego skóry. Za nim stało kilkunastu zbrojnych w łuki młodych mężczyzn ubranych zaledwie w znoszone już spodnie w barwie zgniłej zieleni. Na szyjach mieli ozdoby wykonane z kości i zębów dzikich zwierząt.
- Jumba! – krzyknął Snake.
- Hej, Snake! – odpowiedział mu czarnoskóry i dał znak swoim wojownikom.
Ze wzgórza posypał się deszcz strzał trafiających celnie we wrogów Snake’a. Gdy skończyły im się strzały, wojownicy na komendę swojego przywódcy spadli ze wzgórza i wmieszali się w walczący tłum. Chociaż początkowo nie mieli broni, szybko uzbroili się w miecze odebrane przeciwnikom lub leżącym na ziemi trupom. Ich niezwykła zręczność i szybkość dzikich zwierząt szybko odbiła się na stanie armii Mexico. Drapieżna furia z jaką atakowali wprowadzała niepokój pomiędzy wrogów, wśród których szybko zapanowała panika. Zaczęli się z wolna cofać, brakowało im przywódcy, który mógłby nimi pokierować. Snake stał przez chwilę i patrzył na rozgrywające się wypadki. Nagle, spomiędzy jego nacierających na wroga żołnierzy wybiegła Justyna. Dotarła do Snake’a i wczepiła się w jego ramiona.
- Snake, kochany… – wyszeptała.
- Justynka! – Snake początkowo się ucieszył, ale za chwilę zorientował się w sytuacji i powiedział do dziewczyny – Dlaczego tu przyszłaś? Tu nie jest bezpiecznie, mogłaś zginąć…
- Nie mogłam cię zostawić w takiej chwili…
- Szybko! – Snake zauważył, że jego żołnierze wzięli już górę nad wrogami – Trzeba to powstrzymać!
Pobiegł na wzniesienie na którym przed chwilą ujrzał Jumbę, wciąż trzymając za rękę Justynę i prowadząc ją ze sobą.

to be continued…
next: wielki final

Już z daleka widać było, że coś jest nie tak. Ponadto od strony miasta wiał suchy, chłodny wiatr który Ferdinald słusznie uznał za złą wróżbę. Gdy dojechali w pobliże głównej drogi prowadzącej do bramy ich oczom ukazał się niespodziewany widok. Mur, dawniej otaczający miasto, leżał teraz w gruzach. Droga do miasta, a raczej tego, co z niego zostało stała otworem. Jedna trzecia domów była spalona, inne miały powybijane okna, na uliczkach walały się szczątki połamanych wozów. Miasto było prawie wyludnione, jedynie zamek oparł się nieznanemu pogromowi i stał dumnie na wzgórzu gurując nad nielicznymi budynkami, które zachowały się w całości.
- Co tu się stało? – zapytał Snake, nie otrzymał jednak od nikogo odpowiedzi. Stał więc, obejmując Justynę i patrząc na ruiny bezskutecznie wyszukując w nich śladu swoich znajomych. Wiatr nasilał się rozgarniając włosy Justyny i pędząc po niebie granatowe chmury. Nagle wśród Jeźdźców z Vanaheimu zapanowało jakieś poruszenie. Ku nim, od strony lasu zmierzało blisko setka ludzi. Przywodzili im trzej mężczyźni. Snake na pierwszy rzut oka rozpoznał w
nich swoich przyjaciół – Rocco, Gladiusa i Hallmarka. Wyszedł im na spotkanie. Przywitali się serdecznym uściskiem.
- Co tu się wydarzyło? – zapytał Snake – Gdzie Marco?
- Nie żyje… – odpowiedział Rocco.
- Nie żyje? – powtórzył Snake – Dlaczego? O co tu chodzi?
- Crato okazał się zdrajcą, Snake. – pośpieszył z wyjaśnieniem Hallmark – Nocą otworzył bramy miasta i wpuścił bandę rozbójników, z którymi od dawna trzymał. Pomógł mu też jego oddział. Przejął władzę i zabił Marco i innych, którzy chcieli mu w tym przeszkodzić.
- Walczyliśmy… –powiedział Gladius – Ale ich było więcej, ledwo uszliśmy z życiem… Ukryliśmy się w lesie, razem z nami poszły kobiety i dzieci, bo w mieście Crato zostawił tylko swoich zwolenników.
- Ale przygotujemy powstanie i odzyskamy miasto! – zdecydowanie stwierdził Rocco – A co to za wojacy? Skąd ich wziąłeś?
- Widzisz tego w czarnej zbroi? – zapytał Snake wskazując w stronę Jeźdźców.
- No… – powiedział Rocco – Kto to jest?
- Nie poznajesz? – zdziwił się Snake – Przyjrzyj się!
Rocco wytężał wzrok, lecz pomimo że czarny rycerz nie miał na sobie hełmu, nie mógł go zidentyfikować. Dopiero Hallmark, który odznaczał się widocznie lepszym wzrokiem niż jego przyjaciel, krzyknął po chwili:
- Ferdinald? Niemożliwe!!!
Oczy wszystkich zwróciły się na przywódcę Jeźdźców.
- To Ferdinald! – ucieszył się Gladius – Chodźmy do niego!
Wkrótce wszyscy pobiegli ku przybyszom. Za nimi podążyli ich ludzie.
- Witaj, Ferdi! – krzyknął Rocco na powitanie. Obaj popadli w objęcia klepiąc się z całej siły po plecach.
- Niech mnie wszystkie demony! Ty żyjesz! – Gladius uścisnął dłoń przyjaciela. Podobnie uczynił Hallmark. Gladius następnie podszedł do Justyny i wziął ją w ramiona:
- Miło cię znów widzieć, dziewczyno!
- Witaj z powrotem – rzekł do niej Rocco.
- Teraz, gdy jesteście z nami, szybko pokonamy armię Crato! – cieszył się Hallmark.
- Jesteście z nami? –zwrócił się do swoich ludzi, którzy niedawno musieli opuścić swe domy. Tłum wzniósł okrzyk radości. Wszyscy wiwatowali na cześć Snake’a i Ferdinalda, którzy przybyli im z pomocą. Niedługo potem wszyscy zebrani uroczystą procesją, wśród śmiechu i okrzyków zwiastujących zwycięstwo podążyli do lasu.

- Rebelianci! Do ataku!
Na hasło wypowiedziane przez Ferdinalda tłum zbrojnych mężczyzn wynurzył się z zarośli i ruszył szturmem na zamek. Byli to różni ludzie: zawodowi żołnierze, ale też i zwykli rzemieślnicy i kupcy wygnani przez Crato ze swoich domów, które zajęli teraz sprowadzeni przez niego złodzieje i mordercy. Blisko setka wojowników biegła w stronę bramy, gotowa na wszystko. Zza resztek muru otaczającego główne wejście, od którego prowadziła prosta droga do zamku, wyjrzało kilkunastu opryszków o zbójeckich gębach. Byli uzbrojeni w duże łuki z których jednocześnie wypuścili strzały. Ostrza kilku z nich wbiły się w ciała wojowników biegnących na przedzie grupy. Ranni padli na ziemię ginąc pod nogami swoich kolegów. Widząc, co się dzieje dowodzący Rocco i Gladius rozdzielili swoich ludzi na dwie drużyny. Sprawiło to trochę kłopotu zbójom broniącym wejść do miasta, ale i tym razem kilka śmiercionośnych strzał trafiło w powstańców. Jedna z nich, przeleciała gwiżdżąc tuż koło ucha Rocco i wbiła się w szyję idącego za nim młodzieńca. Zanim oba oddziały dotarły do miasta, jeszcze raz zagrały cięciwy łuków. Tym razem, ze względu na mniejszą odległość, strzały były celniejsze. Pomimo, że wielu wojowników poległo nim reszta ich kolegów przekroczyła ruiny muru i znalazła się w mieście, pozostali dopadli swoich wrogów. Wkrótce rozpoczęła się prawdziwa rzeź. Na pomoc sprowadzonym przez Crato przestępcom wciąż przybywali nowi. Hallmark, który biegł na końcu drużyny i szczęśliwie dotarł do celu, odłączył się od walczących i skręcił w boczną uliczkę. Drogę zastąpił mu brodaty, wysoki typ o jastrzębim nosie i wybitym przednim zębie. Hallmark jednym ruchem miecza pozbawił go głowy i dopadł stojącego z brzegu drewnianego domku. Szybko rozpalił ogień i zarzucił go na drewnianą strzechę. Dach natychmiast stanął w płomieniach. Hallmark złapał palący się kawałek drewna i ruszył w kierunku wrogów. Pierwszemu napotkanemu wetknął w twarz zapalony koniec swej pochodni. Gladius, Rocco i pozostali dzielnie walczyli z napływającymi wciąż wrogami.

Ferdinald pierwszy zauważył ogień.
- Snake! To znak od Hallmarka! Jedziemy!
- Zbierz ludzi! – odkrzyknął w odpowiedzi Snake, po czym zwrócił się do Justyny – Zostań tu, kochanie. Z kobietami będziesz bezpieczna.
- Nie ma mowy! Jadę z wami! – pewna swego zdania odwiązała konia od drzewa i wskoczyła na jego grzbiet – Chodźcie! Szkoda czasu!
Ubrana w rozpiętą skórzaną kamizelkę i obcisłe skórzane spodnie z naszytymi po bokach metalowymi guzikami, wyglądała jak Amazonka. Do tego trzymała w ręku odpięty od siodła stalowy miecz. Lekki wiatr rozwiewał jej rozpuszczone włosy. Snake wiedział, że nic jej nie powstrzyma. Osiodłał swojego wierzchowca. Ferdinald krzyknął coś do swoich ludzi i po chwili wszyscy razem ruszyli pędem w stronę tylniej bramy. Nie zatrzymywani przez nikogo wjechali do miasta. Zgodnie z przewidywaniami Ferdinalda, wszyscy wojownicy Crato zajęci byli obroną swojej nowej siedziby i znajdowali się przy głównej bramie.

Dotarli wreszcie na plac przed zamkiem. Jeźdźcy z Vanaheimu zaatakowali podwładnych Crato z zaskoczenia, podjeżdżając do nich od tyłu. Wkrótce szala zwycięstwa zaczęła przeważać się na stronę Jeźdźców i oddziałów Rocco i Gladiusa. Snake i Justyna otworzyli ciężkie drzwi i weszli do zamku. Tu również było pusto. Znając Crato, Ferdinald wiedział, że wystawi on od razu do walki całe swoje wojsko, nie zostawiając nikogo w rezerwie. Nigdy nie był on dobrym dowódcą. Snake skierował się do górnych pomieszczeń. Był pewien, że Crato zajął pokoje królewskie. Idąc korytarzem usłyszeli dochodzące zza drzwi jednego z pomieszczeń jęki. Otworzyli je i zobaczyli Mauzera. Był ranny w głowę, miał związane ręce i nogi
- Mauzer! – zawołał Snake i podszedł by go uwolnić – Dobrze się czujesz?
- Tak. Chciałem… zabić tego śmiecia, ale… Moja głowa!
Justyna podeszła do czerwonej zasłony i oderwała jej brzeg.
- Zajmę się nim – powiedziała i opatrzyła jego rozciętą głowę.
- Crato jest na końcu korytarza, w sali tronowej – powiedział Mauzer – Chyba jest sam. Tuż przed waszym przybyciem jego żołnierze wybiegli na zewnątrz, jakby się paliło. Jeden z nich zaszedł mnie od tyłu i… Jak widzisz!
- Dobra, leż tu! – powiedział Snake – Justynko, zajmiesz się nim?
- Jasne. Mój brat też nieraz oberwał w walce, wiem co robić.
- Jesteś w dobrych rękach, Mauzer! – powiedział wesoło Snake i otworzył drzwi- Trzymaj się!
Wyszedł na korytarz, jednak po chwili zawrócił.
- Justyna, pod żadnym pozorem nigdzie nie wychodź! Ja zaraz wracam. Znam twój zapał, ale to zajmie tylko chwilę. Mauzer, przypilnuj jej chłopie!
Trzymając w dłoni podniesiony miecz podszedł do drzwi prowadzących do sali tronowej i pchnął je z całej siły. W środku nie było jednak nikogo. Zauważył, że inne drzwi, prowadzące na duży taras, skąd królowie wygłaszali przemówienia do ludu, były otwarte. Crato stał przy balustradzie i i przyglądał się starciu, które rozprzestrzeniło się już na pół miasta. Nie był zbytnio zadowolony, gdyż dało się zauważyć nieuchronną klęskę jego wojska, a raczej zbieranicy złodziei i bandziorów z całego królestwa. Jego sny o potędze zostały brutalnie przerwane. Tymczasem kilka domów w zachodniej części miasta stało już w ogniu.
to be continued…

Hot News!

7 komentarzy

Oderwałem się na chwilę od zeszytu z tej bezczelnej chemii więc streszczę wam wydarzenia ostatnich dni:
Na komunii byłem, było całkiem przyjemnie bo pojechałem przecież w miejsce gdzie spędzam zawsze święta i wakacje, więc jest to jakby mój drugi dom :-) Mój brat cioteczny dostał 2 rowery (tak jak oni jeżdżą to już po roku potrzebny jest nowy), do kompletu hulajnogę, oczywiście komórkę i trochę kasy… Telefon bardziej skomplikowany niż mój więc nie będzie mu łatwo dojść co jest do czego :-)
W poniedziałek byłem na zajęciach terenowych w Puszczy Knyszyńskiej. Do domu mieliśmy wrócić sami, tzn. dojść poplątanymi leśnymi dróżkami na przystanek PKS. Dziewczyny poszły wcześniej i nie zaczekały na nas, a wcześniej jedna zadzwoniła po ojca żeby przyjechał busem i nas wszystkich zabrał bo PKS za godzinę. Ja z Adamem wychodzimy z lasu a tam stoi samochód ale dziewczyn nie widać. Mówimy więc gościowi że wracamy do lasu ich poszukać, bo pewnie się zgubiły. Znaleźliśmy ich ślady na skrzyżowaniu dwóch ścieżek i oczywiście poszły nie w tą stronę – no to my za nimi. Szliśmy blisko pół godziny. One pewnie tak jak my pomyślały że taki kawał drogi nie ma co wracać i poszły dalej bo ta dróżka też musi z czasem wyjść na szosę – zwłaszcza że widniały na niej ślady rowerów. No i wyszły. Zadzwoniły wtedy po gościa który po nich podjechał że wyszły nieco dalej, załadowały się do busa i pojechały. My byliśmy w tym miejscu około 20 minut później. Tam kończyły się ich ślady więc tak musiało być. Skąd wiedzieliśmy że to ich ślady? Było 5 par, a takie „bydło” zazwyczaj nie włóczy się po lasach. tym bardziej w jednym szeregu. No więc my wyszliśmy na ulicę po przejściu tak na oko 5-ciu kilometrów i myśleliśmy już że będzie trzeba tyle wracać szosą. A tu jeszcze nadjeżdża autobus. Na szczęście dał się złapać na stopa. I tak wrócilismy do Białegostoku. A one pewnie nawet nie wiedzą że ich szukalismy…
A, lepiej wracam do chemii…

POZDROWIONKA!

Słońce znów paliło z całą swoją złośliwością. Upał był nie do wytrzymania. Drobne, białe obłoczki jakby celowo nie chciały zasłonić mu widoku na rozgrywające się na ziemi wydarzenia. Z szeregu uzbrojonych wojowników wysunął się ich przywódca, dla odróżnienia okuty w czarną zbroję.Zsiadł ze swego konia i ręką dał znak swym podwładnym, by zaprzestali ataku. Dowodząc swoich przyjaznych zamiarów wbił swój ciężki miecz w ziemię i ruszył w kierunku Snake’a, który już całkiem stracił rozeznanie w sytuacji. Na wszelki wypadek jednak nadal ściskał w dłoni rękojeść swego miecza. Nieznajomy był coraz bliżej. Szedł równym, miarowym krokiem nie czyniąc żadnych gwałtownych ruchów. Snake patrzył na jego twarz ukrytą pod czarnym hełmem usiłując odgadnąć jego zamiary. Czarny rycerz znajdował się już tylko o krok od niego, następnie minął go i podszedł do leżącej na ziemi Justyny. Snake, wciąż trzymając miecz w pogotowiu, poszedł za nim. Nieznajomy uklęknął przy niej i wziął ją za rękę. Ślady po ugryzieniu węża stały się już bardziej widoczne i przybrały fioletowy kolor. Drugą rękę położył na brzuchu dziewczyny i zaczął ją powoli przesuwać w górę, zatrzymując dopiero na czole. Jego ręka przybrała lekką, różową poświatę, która zaczęła pulsować – początkowo bardzo szybko, potem wolniej, aż wreszcie zupełnie zniknęła. Snake patrzył na to wszystko rozszerzonymi z wrażenia oczami. Czarny rycerz odjął rękę od głowy Justyny. Dziewczyna poruszyła się i otworzyła oczy. Jej twarz przybrała naturalny kolor, a po ugryzieniu nie było śladu. Spojrzała na zamaskowaną twarz swego wybawcy.
- Ferdinald! – powiedziała i podniosła się siadając na trawie.
Nieznajomy sięgnął do zapięcia swego hełmu, odpiął je i powoli zdjął go, odsłaniając swoją roześmianą twarz.
- Miałaś szczęście, dziewczyno! Ukąszenia Scaramangi bywają bardzo niebezpieczne…
- Dzięki – Justyna pocałowała go w policzek pokryty lekkim zarostem. Następnie odwróciła się do Snake’a i wtuliła się w jego ramiona. Snake objął ją mocno, jakby w obawie, że znowu coś mogłoby mu ją odebrać.
- Dzięki Bogu, żyjesz! Nie wiem, co by było gdybym cię stracił! Od dziś muszę cię bardziej pilnować!
- Przez cały czas? – zapytała zalotnie Justyna i odwróciła się w stronę Ferdinalda – Jeszcze raz wielkie dzięki…
- Dla ciebie wszystko! – roześmiał się i podał Snake’owi dłoń na przywitanie.
- I ja ci dziękuję… – powiedział Snake – Ale gdzie ty się podziewałeś, chłopie?!
Wszyscy myślą, że nie żyjesz!
- Złego diabli nie biorą! – powiedział wesoło Ferdinald – Kiedy walczyliśmy z tymi idiotami, pojechałem za jednym z nich który uciekał. Zaczepiłem głową o gałąź i spadłem z konia. Straciłem przytomnośc, nic nie pamiętałem. Znaleźli mnie Jeźdźcy z Vanaheimu. Nie wiedziałem, kim jestem. Przyłączyłem się do nich. – wskazał palcem na wciąż czekających na rozkaz zabijaków.
- I zostałeś ich przywódcą!
- Niedawno stracili wodza… Zobaczyli, że dobrze walczę i umiem pokierować akcją i …

39
- Ale przecież Jeźdźcy z Vanaheimu to bandyci – powiedziała Justyna – Napadają na wioski i miasta i ograbiają je…
- Niedawno odzyskałem pamięć – wyjaśnił Ferdinald – Kiedy zorientowałem się co tak naprawdę robimy, powiedziałem – Dość! Zajmijmy się czymś uczciwym! Pomyśleliśmy, że możemy zająć się ochroną kupców podróżujących do granicy. Oni początkowo nie chcieli się na to zgodzić, ale powiedziałem im, że przecież możemy przejmować dziesiątą część ich towarów za tę usługę…
- A jeśli kupcy nie chcieliby z wami współpracować?
- Cóż… Staliby się wtedy łatwą zdobyczą dla zbójców… na przykład takich, jak my. Wtedy straciliby wszystko…
- Sprytnie to wykombinowałeś – przyznała Justyna.
- Grunt to uczciwość… Człowiek musi z czegoś żyć! – roześmiał się Ferdinald.
- Dlaczego więc nie wróciłeś do domu?
- W pewnym sensie byłem za nich odpowiedzialny… Uratowali mnie, nie mogłem ich tak zostawić.
- To jedźcie z nami do zamku! – zaproponował Snake – Znajdzie się dla was zajęcie i dach nad głową… Zawsze to pewniejsze, niż takie czekanie na okazję.
- Dobra! – ucieszył się Ferdinald – Zgoda! Stęskniłem się już za naszymi przyjaciółmi!
Po tych słowach zwrócił się do swoich ludzi w jakimś niezrozumiałym dla Snake’a i Justyny języku. Wkrótce wszyscy ruszyli do miasta. Prowadził Snake, jadąc z Justyną na swym zmęczonym już trochę, brązowym koniu. Za nimi podążał Ferdinald w swojej czarnej zbroi prowadząc za sobą ciężkozbrojne wojsko. Ferdinald nie posiadał się ze zdumienia, gdy Snake opowiedział mu o zmianach, jakie zaszły w stolicy.
next: Rozliczenie
to be continued…

Snake i Justyna zatrzymali się przed położonym na uboczu, z dala od ludzkich osiedli drewnianym domku. Wokół niego rozciągały się łąki tonące w blasku popołudniowego słońca. W pobliżu nie było żywej duszy.
- Tu zatrzymamy się na noc – powiedział Snake otwierając spróchniałe już ze starości drzwi.
- Kto tu mieszka? – zapytała dziewczyna zaglądając w głąb ciemnego wnętrza domu.
- Nikt… Ten dom od wieków stoi pusty. Kiedyś zatrzymywaliśmy się tu w drodze na targ. To dokładnie połowa drogi od mojej wioski do zamku.
Justyna pierwsza przestąpiła próg i weszła do środka. Wnętrze było bardzo ubogie. Jedyne meble stanowiły stół i łóżko przykryte cienkim kocem. Podłoga trzeszczała przy każdym kroku.
- Przyjemnie tu… nie ma co! – Justyna usiadła na łóżku, które zaskrzypiało jakby się miało zaraz rozlecieć.
- To ty odpocznij, a ja poszukam czegoś do jedzenia – powiedział Snake podnosząc jedną deskę podłogi i wyjmując spod niej siekierę.
- Skąd wiedziałeś? – zdziwiła się dziewczyna.
- Byliśmy tu nieraz z kolegami z wioski – wyjaśnił – Zaraz narąbię drewna na ognisko.
36
- Pomogę ci – podniosła się z łóżka, które zareagowało głośnym trzaskiem.
- Poradzę sobie, Justynko…
- Ale ja nie lubię nic nie robić… Poza tym, nie chcę tu sama siedzieć.

Kończył się kolejny dzień. Koń skubał trawę w pobliżu domu, nad rozpalonym niedaleko ogniskiem piekł się sporych nawet rozmiarów zając nadziany na miecz Snake’a. W oknie błyskało światełko kilku świeczek wyjętych z tego samego schowka, co siekiera. Snake i Justyna siedzieli na łóżku i byli bez reszty zajęci sobą. Snake pocałował dziewczynę w usta. Justyna objęła go rękoma. Dotknął jej jasnych włosów, patrzył w jej błyszczące w świetle świec ciemnobrązowe oczy. Wiedział już od dawna, że to jest właśnie ta, na którą czekał przez całe życie. Nie istniały dla niego inne dziewczyny. Zapomniał o zamku, rodzinie, przyjaciołach i wrogach. W tej chwili liczyła się tylko ona. Nie mógł już być bardziej szczęśliwy niż teraz, gdy siedziała przy nim tak blisko, że czuł niemal ciepło jej ciała, słyszał jej oddech. Przytulił ją do siebie i jeszcze raz połączyli się w pocałunku.
- Kocham cię – szepnął jej do ucha. Teraz Justyna pocałowała jego.
- Ja ciebie też… Tak bardzo jak nigdy dotąd… Zawsze będę cię kochać…

Nastał już świt, gdy Justyna obudziła się obok Snake’a. Przeciągnęła się leniwie i wstała z łóżka. Spała w ubraniu, gdyż w nie ogrzewanym domku nie było zbyt ciepło. Trzeszcząca pod jej stopami podłoga obudziła Snake’a.
- Gdzie idziesz? – zapytał sennym głosem.
- Wyjdę na zewnątrz, na świeże powietrze… Śpij jeszcze, zaraz wrócę!
Poranek nie był tak upalny jak poprzedni dzień. Czuć było lekki, orzeźwiający powiew. Trawa była mokra od rosy. Koń również nie spał i właśnie zajadał koniczynę, którą znalazł gdzieś przy ścianie. Justyna dostrzegła, że w trawie znajdują się również rosnące z rzadka poziomki, zerwała więc kilka i zjadła ze smakiem. Następnie zaczęła je zbierać do ręki, by zanieść Snake’owi. W ich poszukiwaniu oddaliła się o kilkanaście kroków od domu, gdzie trawa była znacznie gęstsza i wyższa. Gdy schyliła się i sięgnęła po kolejny owoc, gdzieś z trawy jak błyskawica wyskoczył cienki, zielony wąż i nim zdążyła cofnąć rękę wbił w jej ciało swoje ostre jak szpilki zęby. Justyna krzyknęła i odskoczyła wypuszczając z dłoni poziomki. Z dwóch, prawie niewidocznych otworków na jej przedramieniu sączyła się krew. Wąż zniknął w trawie bez śladu. Snake wybiegł z domu i momentalnie znalazł się przy niej.
- Co się stało? – zapytał – usłyszałem jak krzyczysz i …
Justyna wyciągnęła rękę i pokazała mu ślad po ugryzieniu węża.
- Jakieś bydlę mnie użarło… ale już gdzieś zniknęło – rozejrzała się wokół siebie
- To wąż? – zapytał Snake – Jak wyglądał?

37
- Mały, zielony… Nic mi nie będzie… – uśmiechnęła się by go uspokoić, ale gdy spróbowała zrobić krok do przodu zachwiała się i gdyby Snake jej nie powstrzymał, upadłaby na ziemię.
- Dobrze się czujesz? Możesz iść?
- Trochę kręci mi się w głowie… Ale to na pewno od tych wczorajszych wydarzeń…
Snake pomógł jej wejść na konia. Dziewczyna leciała mu przez ręce. Znowu w ostatniej chwili złapał ją za ramię, bo bez tego szybko znalazłaby się pod kopytami wierzchowca. Snake popędził konia i mocniej objął Justynę.
- Pojedziemy do Dagoniusa, on ci pomoże… Wyzdrowiejesz – jednak w jego głosie słychać było niepewność – To on powiedział mi, gdzie cię szukać…
- Słyszałam o nim – powiedziała cicho – Podobno tak jak starożytni umie wysyłać obrazy na odległość.
Pędzili poprzez pola. Czas uciekał. Dziewczyna była coraz słabsza. Zbladła i wręcz leżała, oparta o Snake’a. Nie miała już sił by mówić. Kiedy mijali mały, szybko płynący strumień, Snake zatrzymał konia, zniósł dziewczynę na ziemię i położył ją delikatnie na trawie, gdyż nie mogła już siedzieć. Jej oddech stał się płytki i coraz wolniejszy.
- Przyniosę ci wody – powiedział – Wszystko będzie dobrze…
Pobiegł do strumienia modląc się w duchu, zaczerpnął w złączone dłonie wody i ostrożnie przyniósł dziewczynie. Justyna patrzyła nieprzytomnie gdzieś w dal. Snake wlał jej delikatnie kilka kropel w rozchylone usta. Dotknął jej czoła. Było zimne jak lód.
- Nie możesz teraz umrzeć! – wybuchnął nagle z nieukrywanym już żalem – Wkrótce dojedziemy do domu, już zawsze będziemy razem… Kocham cię…
Schylił się i pocałował ją w usta, być może już po raz ostatni. I wtedy za plecami usłyszał jakiś podejrzany dźwięk. Odwrócił się i skamieniał. O kilkanaście kroków od niego siedziało na koniach blisko tuzin zamaskowanych ludzi w ciężkich, żelaznych hełmach i naramiennikach, uzbrojonych w jeszcze cięższe żelazne miecze, które zgodnie odpięli od pasów i wznieśli w górę szykując się do ataku. Snake porwał swój miecz i ruszył w ich kierunku, gotowy na śmierć. Jeśli Justyna umrze, nie było już nic, co trzymałoby go na tym świecie. Był zły na Boga i cały świat za to, że wrogowie pojawili się właśnie w tej chwili, gdy liczyła się każda sekunda, bo od niej zależało życie jego ukochanej. I tak stał, sam naprzeciw uzbrojonych wojowników, pogodzony z losem.
to be continued…

Witam!
W piątek wreszcie udało mi się zaliczyć te durne ćwiczeniaz chemii, teraz jeszcze tylko bardziej durny egzamin za tydzień. Jak zobaczyłem pytania z tamtego roku to myślałem że będzie potrzebna reanimacja. KTO układa takie testy?! No dobrze, ale dosyć o szkole. Dzisiaj po południu wyjeżdżam na wieś, na komunię mojego brata ciotecznego. Udało mi się nawet pożyczyć kamerę, tak więc będzie to mój debiut reżyserski :-) Wracam w niedzielę wieczorem. A plany na wakacje? No cóż… na początek z Olą i Wiletką odwiedzimy jakiś bank i weźmiemy sobie „pożyczkę”. A może lepiej zatrzymamy jakiś transport? Zobaczymy…

Dagonius wygasił ogień i zwrócił się do Snake’a:
- Dziewczyna jest o dzień drogi na wschód, na dworze Venoma. To bardzo zły człowiek. Możliwe, że będziesz musiał się z nim zmierzyć. Jeśli tak, będzie to ciężka walka…
- Poradzę sobie – powiedział Snake – Dzięki mistrzu Dagoniusie!
- Zaczekaj, młodzieńcze – powstrzymał go pustelnik – Mam coś, co może ci pomóc zwyciężyć.
Podszedł do stojącego w kącie metalowego przyrządu, zbudowanego ze sprężyn, gumowych przewodów i niezliczonej ilości kół zębatych.
- To zwiększy twoją siłę. Znalazłem opis tego urządzenia w jednej ze starych ksiąg i zbudowałem prototyp.
Snake trochę się wahał, ale ostatecznie się zgodził. Dagonius kazał mu usiąść na drewnianym stołku, po czym do jego ramion przyłączył gumowe rurki zakończone kleszczami, podał mu ciężką kamizelkę obładowaną metalowymi częściami, następnie podłączył ją do urządzenia. Kolejny odchodzący od niego przewód wetknął do dużego pojemnika z wodą, w którym pływały dwa węgorze. Ledwo Dagonius wypuścił z rąk przewód, pobiegły po nim niebieskie iskry, koła zębate w maszynie zaczęły się obracać ze zgrzytem, a na kamizelce Snake’a pojawiły się wyładowania przypominające pomniejszone setki razy pioruny. Wreszcie pustelnik odłączył go od urządzenia i wyłączył je.
- Wystarczy – Dagonius zdjął Snake’owi kamizelkę i podał mu lustro – Zobacz, jak teraz wyglądasz.
Snake wziął do ręki zwierciadło. Jego nowy wygląd trochę go zaskoczył. Nie był może górą mięśni, ale efekty były porównywalne z solidnym, długotrwałym treningiem. Obwód jego bicepsów zwiększył się dobre dwa razy, a pod bluzką wyraźnie było widać zarysy mięśni. Snake podziękował Dagoniusowi i czym prędzej poszedł po swego konia, by ruszyć w dalszą drogę. Było jeszcze przed wschodem słońca i wokół panowały ciemności, on jednak nie zamierzał tracić czasu na czekanie do rana. Trzymając w ręku zapaloną pochodnię powoli wyprowadził konia z lasu, po czym zgasił ją i dosiadł wierzchowca. W ciągu dnia zatrzymywał się zaledwie dwa razy, posilając się prowiantem przygotowanym przez Dagoniusa. Pod wieczór Snake ujrzał złowrogą siedzibę

32
Venoma. Podjechał pod wysoki na trzech mężczyzn mur i zsiadł z konia zastanawiając się, co robić dalej. Przypomniał sobie jednak słowa starego pustelnika, że najlepiej będzie działać pod osłoną nocy i choć bardzo się niecierpliwił, postanowił poczekać, aż zapadną ciemności. Po pewnym czasie Snake uznał, że pora już działać. Odpiął od siodła skórzaną torbę, którą otrzymał od Dagoniusa z poleceniem, by nie otwierać jej zanim nie przyjdzie pora na działanie. zapewne stary pustelnik wiedział, jak niecierpliwy jest Snake i kazał mu czekać do wieczora, by przypadkiem nie wpaść w ręce wroga. We wnętrzu torby, ku swej uciesze, Snake znalazł długi, mocny sznur zakończony kotwicą, który pozwoliłby mu na sforsowanie kilka razy większego muru niż ten, który miał przed sobą. Była tam także mała buteleczka z różowym płynem na której narysowana była trupia czaszka. Snake schował ją do kieszeni i zarzucił kotwicę na drugą stronę muru. Pociągnął za sznur i kotwica zaczepiła za zakończony licznymi kolcami szczyt ogrodzenia. Podciągnął się do góry i już miał zeskoczyć po drugiej stronie, gdy do jego uszu dobiegł cichy warkot. Spojrzał w dół i oczom jego ukazał się makabryczny widok. Na trawie porozrzucane były ludzkie kości i czaszki. Na niektórych były jeszcze kawałki mięsa. Na środku trawnika stał dziwny zwierz, wyglądem przypominający psa, lecz o gadziej głowie z ostrymi jak sztylety zębami. Potwór miał też długie pazury, czerwone oczy i wzrost dorosłego człowieka. Snake zsunął się po linie po bezpiecznej stronie ogrodzenia. Z początku nie wiedział, co ma robić, ale przypomniał sobie o buteleczce ze śmiercionośnym płynem. Rozwiązał woreczek z pożywieniem, gdzie był jeszcze kawałek pieczonego mięsa od Dagoniusa, zrobił w nim kilka dziur swoim nożem i wlał w nie zawartość butelki. Trucizna szybko wsiąkła w mięso, Snake więc zamachnął się i wyrzucił je wysoko ponad murem, dla czekającej na niego bestii. Odczekał chwilę i ponownie wdrapał się na mur. Potwór leżał z wyciągniętymi łapami, wydawał jednak rytmiczne pomruki. Nawet taka ilość trucizny nie mogła go zabić. Najzwyczajniej w świecie spał oparłwszy wielki łeb na kamieniu. Snake rozumiał, że jeśli ma dostać się do siedziby Venoma, to tylko teraz. Odczepił kotwicę i wraz ze sznurem opadł miękko na trawę, o kilka kroków od śpiącego potwora. Po cichu podszedł do ściany budynku. Była ona niezwykle gładka, nie było więc mowy o wejściu po niej do środka przez otwarte okno na poddaszu. Snake miał jednak swoją linę. Zarzucił ją więc po raz kolejny, tym razem jednak minęła cel. Kolejny rzut był szczęśliwszy. Jeden z trzech zębów kotwicy wbił się w parapet po wewnętrznej stronie. Snake spróbował pociągnąć mocno za sznur sprawdzając, czy wytrzyma. Kotwica jednak siedziała dość mocno, wszedł więc na górę do pustego, ciemnego pomieszczenia. Nie znalazł tam nic godnego uwagi, więc podszedł do drzwi i cicho je otworzył. Wyszedł na korytarz. Dom ten i jego wystrój mógł przerazić niejednego śmiałka, który odważyłby się do niego włamać. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające różnego rodzaju

33
potwory, demony i ich krwawe uczty; poręcze schodów przypominały węże, a posadzka wyłożona była z kostek w kształcie czaszek. Na Snake’u nie robiło to jednak wrażenia. Powoli posuwał się naprzód. Zszedł po schodach i wszedł na inny, podobny korytarz, kiedy usłyszał za sobą jakiś szmer. Odwrócił się, gotowy do walki, ale zobaczył tylko wątłego staruszka w białej szacie z pochodnią w ręce. Snake skoczył jak pantera i przyparł go do ściany, nim ten zdążył krzyknąć. Wykręcił mu rękę na plecy, drugą ręką podniósł upuszczoną przez dziadka pochodnię i zbliżył ją do jego twarzy.
- Nic ci nie zrobię – powiedział cicho – Powiedz mi tylko, gdzie jest dziewczyna
- Na końcu korytarza, panie – odrzekł trzęsący się staruszek.
- A twój pan? – zapytał Snake.
- Lord Venom śpi na dole…
- Jest tu jeszcze ktoś ze służby?
- Tylko ja… Lord Venom nie lubi ludzi…
Snake puścił dziadka, przytknął pochodnię do swojej liny odcinając od niej sznurek długości pięciu palców i związał dziadkowi ręce.
- Dzięki za pomoc. Później cię uwolnię. Siedź tu i nie ruszaj się. Jak zobaczę, że coś kombinujesz- skończysz w brzuchu tego czegoś w ogrodzie…
Przestraszony staruszek skulił się i usiadł pod ścianą. Snake zostawił go i skierował się do pokoju, w którym według słów starca była uwięziona Justyna. Pchnął ciężkie, podwójne drzwi i wszedł do środka. Pod ścianą skąpo umeblowanego pomieszczenia stało wielkie, drewniane łoże na którym pod czarnym, włochatym kocem leżała dziewczyna. Snake podszedł do niej i delikatnie dotknął jej twarzy, odgarniając jasne włosy. Justyna otworzyła oczy i jej początkowe zdziwienie przeszło w wielką radość.
- Snake! Myślałam, że cię już więcej nie zobaczę!
- Jestem tu, kochanie… wszystko w porządku?
- Tak. Wynośmy się stąd!
Szybko zrzuciła koszulę, w której spała i włożyła leżące na krześle obok łóżka czerwone, obcisłe spodnie z rozszerzanymi na końcach nogawkami i lekką, niebieską bluzeczkę na ramiączkach, sprawiającą wrażenie trochę za krótkiej. Wyglądała wprost oszałamiająco. Snake wziął ją za rękę i wyprowadził z pokoju. Minęli siedzącego na korytarzu staruszka. Justyna uśmiechnęła się do niego.
- Dzięki za wszystko, Nestorze. Trzymaj się! – po czym zwróciła się do Snake,a – Gdyby nie on, zginęłabym tu z głodu. Mógłbyś…?
Snake jednym ruchem ręki przeciął więzy staruszka. Justyna pocałowała dziadka w policzek, a on pomachał im na pożegnanie.
- Snake, zmieniłeś się trochę… – powiedziała patrząc na niego.
- To za sprawą mistrza Dagoniusa! – wyjaśnił.
- Ale i tak cię kocham – szepnęła dziewczyna.
- Ja ciebie też – Snake objął ją ramieniem. Właśnie doszli do okna, przez które
34
dostał się do środka. Snake złożył linę na pół i zaczepił ją o dość dużą, zdobioną klamkę, po czym powiedział do dziewczyny:
- Trzymaj się mocno, opuszczę cię na dół.
Po chwili Justyna znalazła się na ziemi, on natomiast stanął na parapecie, chwycił za kotwicę i zjechał na trawę ściągając ze sobą linę. Kiedy ją zwinął, ostrożnie poszli w stronę muru. Nagle Justyna złapała Snake’a za ramię i wskazała palcem w głąb ogrodu. Nie mogła wydobyć z siebie ani słowa, ale w jej oczach widać było przerażenie. Spomiędzy drzewek owocowych biegł do nich wyrwany ze snu potwór. Snake chwycił leżącą na ziemi grubą gałąź i skoczył ku niemu. Żałował, że swój miecz zostawił przy koniu, zostawiając sobie za broń tylko mały nożyk. Uderzył potwora w łeb wkładając w to całą swą siłę. Gałąź pękła z trzaskiem, na chwilę strącając bestię z obranego kursu, potwór jednak momentalnie doszedł do siebie i jednym skokiem znalazł się przy Snake’u. Ten wyciągnął zza paska swój nożyk i wbił go w gardło zwierza w chwili, gdy ostre zęby zbliżały się do jego twarzy. Potwór i człowiek zwarli się w śmiertelnym uścisku. Snake wbijał ostrze w ciało atakującej go bestii, jednak jej skóra była na tyle twarda, że z trudem można było ją przebić. Potężne pazury rozdarły jego koszulę i zostawiły trzy krwawe ślady na klatce piersiowej. Snake chwycił gada za jego długą szyję i mocno ścisnął. Potwór wydał głośny syk i z całej siły rąbnął go swym ogonem. Snake padł na ziemię, ale w ostatniej chwili, gdy paszcza wionąca okropnym smrodem szykowała się by odgryźć mu głowę, wbił potworowi nóż w sam środek oka. Bestia zawyła okrutnie, a Snake wkładając całą moc w jeden, decydujący o dalszych jego losach ruch, poderżnął jej gardło. Potwór upadł na ziemię w konwulsjach i wypuścił z paszczy ostatni oddech. Justyna podbiegła do Snake. Oprócz kilku zadrapań i powierzchownych ran był cały. Podniósł się z ziemi i przytulił do siebie dziewczynę.
- Nic ci nie jest? – zapytała patrząc mu w oczy.
- Nic… – uspokoił ją Snake – Zabierajmy się stąd, zanim znowu pojawi się jakieś nie wiadomo co z samego środka piekieł.
I jakby na potwierdzenie jego słów zza domu wyskoczył drugi stwór, niesamowicie podobny do pierwszego. Był tylko większy od swego martwego już towarzysza. Dużo większy. Snake i Justyna zamarli w bezruchu. Nagle jednak otworzyły się z trzaskiem drzwi dworu Venoma i wyszedł z nich ten sam staruszek, którego Snake spotkał na górze.
- Uciekajcie, dzieci – krzyknął – Ja się nim zajmę!
Mówiąc to wybiegł wprost na rozpędzonego zwierza.
- Nestor! – zawołała Justyna – Uciekaj!
Dziadek jednak nie zamierzał zawracać. Podniósł leżący w trawie kamień i rzucił nim w wielki, ohydny łeb potwora.
- Chodź tu wstrętny jaszczurze! Bliżej!
Snake zarzucił linę na mur. Tym razem udało się zaczepić hak za pierwszym razem. Ruchem ręki nakazał dziewczynie wejść na górę. Ona jednak patrzyła na
Nestora i zmierzającego ku niemu potwora.
- Uciekajcie! – krzyknął jeszcze raz staruszek i upadł pod ciężarem łap bestii, które wylądowały na jego piersiach. Justyna wreszcie wspięła się na górę. Zrobiła to tak szybko i zwinnie, jakby wychowywała się w cyrku. Snake podążył za nią. Zeskoczyli razem po drugiej stronie muru. Zza ogrodzenia dobiegł ich urwany krzyk. Zrozumieli, co się stało. Justyna wtuliła się w ramiona Snake’a.
- On… zrobił to dla nas – płakała – Oddał swoje życie, żebyśmy mogli wrócić do domu…
Snake pogładził ją po włosach opadających na ramiona. Spojrzał w jej błyszczące od łez, śliczne brązowe oczy.
- To był bardzo dobry człowiek. Dziękujmy Bogu, że go spotkaliśmy. Chodź, kochanie… Wracamy do domu.
Pomógł jej wsiąść na konia, odczepił go od drzewa i sam wskoczył na jego grzbiet, siadając za dziewczyną. Wziął w jedną rękę krótkie lejce, a drugą objął Justynę w talii. Ruszyli przed siebie, zostawiając za sobą ponurą posiadłość Venoma. Tymczasem za ogrodzeniem włochaty zwierz o gadzim pysku kończył swą ucztę. Wzrok potwora przykuły wielkie, mosiężne drzwi otwarte na oścież. Wnętrze pomieszczenia, do którego prowadziły wydzielało przyjemną dla jego obślizgłych nozdrzy woń świeżego ludzkiego mięsa. Potwór poczłapał w ich kierunku. Odtąd nikt nie usłyszał już więcej o Lordzie Venomie i jego mrocznej siedzibie.
to be continued…


  • RSS