fantasticabialystok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2003

Kiedy tylko kontury przedmiotów zaczęły wyłaniać się z mroku, Snake pożegnał się z Jumbą i jego kompanami i skierował się w stronę odległego o dobry dzień drogi miasta. W miarę jak szedł, pofałdowane pola zmieniały się w rozległe równiny, na których pasły się stada bydła. Snake zatrzymał się przy strumieniu będącym wodopojem i rozpakował pakunek z żywnością, który dostał od Jumby. Po posiłku uciął sobie drzemkę, po czymznowu ruszył w drogę. Wieczorem w oddali zobaczył wreszcie mury miasta z górującym nad nimi zamkiem, gdzie mieszkał władca tej krainy. Wysoki na trzech mężczyzn mur, wykonany z czarnego
7 marmuru odcinał się ciemną plamą na tle granatowego, wieczornego nieba. Właśnie w kierunku tego muru chroniącego średniej wielkości miasto zdążał Snake. Miasto leżało na górce, a prowadziła do niego kręta, brukowana nierównymi kamieniami droga. Wielka żelazna brama była otwarta. Ponad nią znajdowała się mała, kwadratowa wieżyczka w której urzędował strażnik. W chwili, gdy Snake przekraczał bramę miasta, strażnik ten spał jednak sobie w najlepsze i niezauważony przez nikogo Snake bez zbędnych formalności znalazł się w stolicy. Zaraz za murem rozciągał się nieduży kwadratowy placyk, od którego odchodziły 3 równoległe ulice. Snake skierował się w środkową, szerszą niż pozostałe. Wydawała się ona być główną miejską alejką. Szedł pomiędzy niskimi, przeważnie jednopiętrowymi domkami z drewna znajdującymi się po obu stronach ulicy. Po drodze mijał mieszkańców miasta: podpitych obdartusów z czerwonymi nosami i butelką wina w ręce, podejrzanych typów w ciemnych strojach, z kapturami na wygolonych głowach – jak się domyślał kapłanów jakiejś nieznanej religii , zwykłych rzemieślników takich jak kowal czy stolarz, rozmawiających ze sobą przed jednym z ich sąsiadujących ze sobą zakładów, kobiety niosące żywność ze sklepów, oraz małe dzieci bawiące się w kałuży w rogu brukowanej uliczki. Przed budynkiem, który wyglądał na gospodę stała grupka młodych chłopców, może nawet w jego wieku, ubranych w skórzane kurtki nabijane kolcami i młodsze od nich dziewczyny w obcisłych, zielonych lub niebieskich bluzkach i lateksowych spodniach. Byli chyba po kilku kuflach piwa, bo śmiali się głośno i nie zwracali na nikogo uwagi. Snake pomyślał, że dobrze byłoby coś zjeść. Wyjął z zawieszonego na szyi woreczka garść drobnych monet i skierował się do gospody. Pomyślał też, że będzie musiał szybko postarać się o jakąś pracę, bo pieniędzy nie starczy mu nawet na jutrzejsze śniadanie.

Gospoda była niedużym, drewnianym budynkiem. Miała parter i jedno piętro, gdzie sądząc po dochodzących z góry odgłosach mieściła się agencja towarzyska. Właściciel czerpał więc podwójny zysk. Parter zajmowała knajpa z drewnianymi stolikami i takimi samymi ławkami, na których siedzieli, lub raczej leżeli opierając swe głowy na stole grubi opoje w porwanych szmatach. Przy innym stoliku siedziało czterech młodzieńców i zawzięcie dyskutowało na jakiś temat, co chwilę popijając piwo z kufli. W rogu sali siedział dobrze zbudowany kapitan Gwardii Królewskiej, co można było poznać po kilku odznaczeniach przypiętych do jego rozpiętej, skórzanej kurtki. Miał krótkie czarne włosy i krótko przyciętą na wzór hiszpański bródkę. Na kolanach trzymał zgrabną panienkę o długich jasnych włosach, ubraną zaledwie w obcisłe, czerwone spodnie i szerokie, żółte szelki zakrywające jej piersi. Na szyi dziewczyny błyszczał szlifowany diament na srebrnym łańcuszku. Kapitan w jednej ręce trzymał kufel z piwem, a drugą władczo obejmował dziewczynę w talii. Snake podszedł do baru i zamówił u tłustego barmana o wielkiej łysinie na czubku głowy porcję pieczonego schabu. Chwilę potem z glinianym naczyniem w jednej i kuflem piwa w drugiej ręce podszedł do jedynego wolnego stolika na sali, usiadł na ławce i postawił talerz na nieheblowanej desce stołu. Właśnie zaczynał jeść, kiedy do jego stolika podszedł starszy już i lekko siwiejący mężczyzna z pokaźnym brzuszkiem i gęstymi wąsami.
- Mogę się przysiąść? –zapytał i nie czekając na odpowiedź postawił na stole dzban z czerwonym winem, który trzymał w ręku.
- Siadaj pan – powiedział Snake przegryzając kawałek mięsa.
Gość rozsiadł się wygodnie i krzyknął do barmana:
- Hej, Fondo! Przynieś mi no dwa kieliszki!
Fondo szepnął coś do dziewczyny stojącej przy palenisku za barem.. Po chwili dziewczyna podeszła do stolika, przy którym siedział Snake i jego nieznajomy towarzysz i postawiła na stole 2 szklane puchary uśmiechając się zniewalająco. Oczy wszystkich mężczyzn na sali zwrócone były na nią. Mieli zresztą na co patrzeć: dziewczyna miała doskonałą figurę, włosy w kolorze blond sięgające połowy pleców i błyszczące, zielone oczy. Jej jasnozielona sukienka raczej podkreślała niż ukrywała jej kształty.
- To Nicola, córka tego grubasa za barem – odezwał się towarzysz Snake’a nalewając wino do kielichów – Częstuj się, chłopcze! To bardzo dobre wino, kupiłem je na targu w Forest Valley!
- Dziękuję – powiedział Snake i przysunął do siebie kielich z winem.
- Co cię tu sprowadza, młodzieńcze? Nie jesteś stąd! – zaciekawił się nieznajomy
- Mieszkałem w małej wiosce na północ stąd – zaczął Snake – Aż pewnej nocy banda jakichś świrów napadła na nas. Zrównali wioskę z ziemią i wymordowali wszystkich ludzi. Ja jeden ocalałem… Mój przyjaciel mówi, że to robota jakiejś mafii z Sun-Stocku…
- Na Leppera, boga rolników! – przerwał mu jego kompan – Słyszałem, że ci psychopaci napadają na osady w naszym królestwie. Podchodzą coraz bliżej. Nasze wojsko szykuje się jednak, żeby im dołożyć… Król Antonius już zbiera chętnych do wyprawy. Ale wybrali zły czas… Szykuje się wojna z Meksykiem…
- To ci, którzy mieszkają za rzeką? – upewnił się Snake.
- Tak jest… To łotry i chamy bez kultury. Trzeba ich nauczyć rozumu!
- Co takiego zrobili? – zapytał Snake
- Tak naprawdę to sam nie wiem… Ale nasze narody od zawsze się nienawidziły.
Wymianę zdań przerwał im wielki, ogolony na łyso osobnik o brązowych oczach, ubrany w skórzaną kamizelkę. Na prawym ramieniu miał tatuaż przedstawiający trupią czaszkę,a przy lewym boku wisiał jego długi, ostry miecz. Gość ten kopniakiem otworzył drzwi, podszedł do barmana, złapał go za jego niebieską koszulę i wykrzyczał mu prosto w twarz chrypiącym głosem:
- Nalej mi wina, grubasie… tylko żeby nie było za ciepłe!
Przestraszony barman wyjął spod lady butelkę i szybko ją otworzył.
Mierzący ponad 190 cm, atletycznej budowy złośnik opróżnił ją w mgnieniu oka, po czym rzucił na ziemię, aż szkło rozprysło się na drobne kawałki; przyciągnął do siebie Nicolę, pocałował ją w usta i – nie płacąc rachunku – zniknął równie szybko, jak się pojawił. Jeszcze przez moment po jego wyjściu w knajpie było tak cicho, że słychać było brzęczenie much.
- To Crato, z armii królewskiej – wyjaśnił nieznajomy – Był dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze.
- Muszę znaleźć pracę- powiedział Snake – Może pójdę do zamku i zapytam, czy przyjmą mnie do armii. Będę miał okazję, by zemścić się na tych sukinsynach, którzy wymordowali mi rodzinę.
- Armia to nie miejsce dla takiego chłopca, jak ty – powiedział wąsacz – Posłuchaj starego Saxo. Nie pchaj się do wojska, bo lepsi od ciebie już dawno gniją pod ziemią…
Saxo, mam do ciebie prośbę – odezwał się Snake – Nie mam pieniędzy, a muszę gdzieś przenocować…
- Nie ma sprawy, chłopcze! – uśmiechnął się Saxo – Mam dom naprzeciwko. Możesz się w nim zatrzymać jak długo chcesz, ale znajdź sobie uczciwą robotę i nie idź do zamku

to be continued…

Mijało południe , Snake wędrował już drugi dzień. Żywił się napotykanymi po drodze owocami, grzybami, czasem ustrzelił z łuku jakiegoś ptaka. Noc spędził pod gwiazdami, grzejąc się przy ognisku. Nie spał, ale nad ranem trochę drzemał, zachowując jednak pewne środki ostrożności w postaci otoczenia się ogniem z kilku płonących stosów gałęzi i broni pod ręką. Był trochę zmęczony, ale pocieszał się, że niedługo przecież dojdzie do jakiejś wsi i znajdzie sobie lepsze miejsce na odpoczynek. Przebył właśnie dziesiątą część swojej podróży, co stwierdził na podstawie stosu kamieni, które z polecenia władcy ustawiane były co tysiąc kroków na wszystkich drogach prowadzących do stolicy w celu oznaczenia odległości. Po jednej stronie miał ciągnące się aż po horyzont wielkie łąki, na których z daleka dostrzegł pasące się bawoły, a po drugiej gęsty, świerkowy las z którego dobiegały go głosy ptaków. Nagle jednak usłyszał coś, co z pewnością nie było głosem żadnego ptaka. Instynktownie sięgnął po łuk, ale zanim go naciągnął, z lasu wyskoczyło trzech brodatych mężczyzn. Mieli z wyglądu około 40 lat, na głowach coś na kształt turbanów, nosili brudne, szerokie ubrania, a na nogach mieli skórzane buty z ostrymi czubkami. Ich ciemnobrązowa skóra wskazywała na to, że byli to bizzanthijczycy mieszkający za górami, ale co robili tutaj?
Snake nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Naciągnął łuk i podniósł go do twarzy by wycelować, kiedy otrzymał z tyłu cios tak potężny, że przed oczami ujrzał wielkie, wirujące okręgi. Omal nie osunął się na ziemię, ale trzymały go silne ramiona stojącego za nim czwartego z napastników, tego samego który go uderzył.
- Dawaj pieniądze – przemówił jeden z bandytów z silnym południowym akcentem –albo skończysz na jednej z tych gałęzi!
Koledzy przestępcy wybuchnęli głośnym, ryczącym śmiechem.
- Nie mam ani miedziaka… szczurzy pomiocie… – odpowiedział mu Snake.
Trzymający go mężczyzna zdzielił go w twarz.
- Bo się pogniewamy – zagroził – dawaj wszystko, co masz!
Snake wciąż trzymał w ręku swój łuk. Strzały miał na plecach. Nie zdążyłby jednak wyjąć żadnej z nich więc tylko stał, czekając na rozwój wypadków. Jeden z przestępców podszedł do niego i wyrwał mu łuk z ręki.
- Ta zabawka nie będzie ci już potrzebna – rzekł łamiąc w swych grubych owłosionych łapskach broń Snake’a . Pozostali przyglądali się temu z zadowoleniem.
- To co z nim zrobimy? – zapytał jeden z brodaczy, trochę niższy i grubszy od pozostałych.
W odpowiedzi jego koledzy wyjęli zza pasów swoje ostre, zakrwawione szable. Nie zdążyli jednak podnieść ich na Snake’a, bowiem z lasu wybiegła kolejna grupka nieznajomych. W większości byli to wysocy, młodzi chłopcy uzbrojeni w długie miecze. Mieli na sobie czyste, proste ubrania przystrojone liśćmi, a twarze pomazane błotem. Jak dzikie koty spadli na wrogów Snake’a wykrzykując jakieś niezrozumiałe słowa. Ciemnoskórzy podnieśli szable, ale atakujący okazali się szybsi. Zręcznie odparowali ich ciosy i przeszli do kontrataku. Snake skorzystał z okazji i wyjął swój sztylet, po czym zagłębił go w brzuchu stojącego przed nim wroga. Ten zwinął się z bólu i odskoczył, ale natychmiast zamachnął się swoją szablą próbując ściąć Snake’owi głowę jednak Snake uchylił się przed ciosem. W tej samej chwili coś przecięło powietrze tuż przed jego nosem.
Był to miecz jednego z jego sprzymierzeńców, który z impetem poszybował w powietrzu i zatrzymał się na głowie brodacza roztrzaskując mu czaszkę, z której wytrysnął mózg. Gdy Snake rozejrzał się po placu bitwy, zauważył że jego prześladowcy już nie żyli. Ich zwłoki leżały w kałużach krwi, a ich pogromcy stali nad nimi i patrzyli na ciała zabitych z pogardą. Jeden z nich podszedł do Snake’a i wyciągnął dłoń. Był nim wysoki, dobrze zbudowany murzyn z oryginalną ozdobą w postaci naszyjnika z wilczych zębów.
- Jestem Jumba – uśmiechnął się ściskając dłoń Snake’a – dokąd idziesz, człowieku? To niebezpieczne tereny, a ty nawet nie masz broni…
- Miałem łuk, ale te ścierwojady go zniszczyły… Jestem Snake Matrix. Wybieram się do stolicy. Idziecie może w tę samą stronę?
- My?- roześmiał się Jumba – Nie… My jesteśmy… hm… poborcami podatku od wzbogacenia…
- To znaczy też napadacie ludzi?
- Ale tylko bogatych. Kupców i tym podobnych. Może się do nas przyłączysz? Nieźle władasz sztyletem… – zaproponował Jumba.
- Zobaczę… – powiedział Snake – Jest tu gdzieś jakaś wioska, w której można zatrzymać się na noc?
- My mieszkamy w lesie – odpowiedział mu czarnoskóry przywódca – jeśli chcesz, możesz przenocować u nas. Moi kompani będą zachwyceni. Mamy dobre, veighijskie wino z ostatniego wypadu, sami nie opróżnimy całej beczki.
– Nie, dzięki – przerwał mu Snake – nie chcę się upijać, bo zależy mi na czasie. Muszę jak najszybciej dotrzeć do miasta. Ale chętnie skorzystam z noclegu.
– A więc zapraszam na kolację! – roześmiał się Jumba – A na kolację będzie dzik!

Snop iskier wzbijał się w niebo, a płomienie tańczyły oświetlając twarze zgromadzonych przy ognisku ludzi. Była to prawie dwudziestka młodych, zdrowych i silnych mężczyzn o brązowych oczach i opalonych ciałach. Jedli pieczone mięso, głośno mlaskając i rozmawiając ze sobą na różne tematy. Każdy miał przy sobie kubek, kielich lub jakieś inne, gliniane naczynie wypełnione czerwonym winem. Mieszkania tych ludzi stanowiły zrobione z gałęzi szałasy pokryte liśćmi. Przy jednym z nich siedziały dwie osoby przy których paliły się dwie pochodnie rozświetlające ciemności nocy.
- Ten znak, który znalazłeś we wsi to znak tych przeklętych fanatyków z Sun-Stocku – powiedział czarnoskóry – To oni wycięli w pień Twoją rodzinę.
- Ale dlaczego to zrobili? – zapytał Snake – Przecież nic nie ukradli!
- Te psy nie napadają by okradać – zaprzeczył Jumba – zabijają tylko po to aby zabijać. Tak im każe religia. Składają ofiary swojemu bogu wojny, Bin Ladenowi. Wierzą, że to on zesłał na Ziemię wielką wojnę, która zniszczyła dawne imperia… Są zdolni do wszystkiego. Nie wchodź im w drogę.
„ To się jeszcze okaże” – pomyślał Snake i zaczął układać w swej głowie plan zemsty. Sam jednak wiedział, że jest on nierealny.

to be continued…

Blask księżyca oświetlał małe, drewniane chaty kryte słomą. Ich mieszkańcy dawno już spali po kolejnym dniu wypełnionym ciężką pracą. Od kilku dni trwały już żniwa, wieśniacy spędzali więc całe dnie na pracy na położonych niedaleko polach. Dni były upalne, słońce bezlitośnie przypiekało pracujących w pocie czoła ludzi, jakby ich chciało spalić na popiół. Najmniejszy powiew nie poruszał listkami rosnących przy polach drzew. Noc była więc jedyną porą, kiedy utrudzeni mieszkańcy wsi mogli sobie odpocząć i nabrać sił na kolejny dzień. Nagle spokój nocy przerwała ognista strzała, która wyleciała z krzaków rosnących na obrzeżach pobliskiego lasu. Za nią podążyły kolejne. Kiedy dosięgły celu – kilka domów od razu stanęło w płomieniach. Wybiegli z nich zdezorientowani i przerażeni wieśniacy. Jedni zobaczywszy ogień uciekali z krzykiem, drudzy próbowali jeszcze ratować co cenniejszy dobytek. Z lasu sypały się kolejne strzały. Wkrótce cała wieś stała się jednym wielkim pożarem. Wtedy to w powietrzu rozległo się głośne wycie i z lasu wybiegli napastnicy uzbrojeni w łuki, miecze i topory. Spadli na wieś jak szarańcza niszcząc wszystko co spotkali na swej drodze. Nie zostawili też nikogo przy życiu. Z zimną krwią zarżneli zarówno silnych, dorosłych mężczyzn i kobiety, jak też dzieci i starców. Wieś już dogasała, kiedy przestępcy zniknęli w cieniu drzew.

Zaczynało już robić się szaro, kontury skał i drzew zaczęły się wyostrzać. Budził się nowy dzień. Snake, który całą noc spędził na polowaniu przedzierał się przez krzaki niosąc na plecach upolowanego dzika, a w ręku królika. Przez ramię miał przewieszony łuk, a przy boku strzały. Przy pasku wisiał ozdobny sztylet z blisko 20-centymetrowym ostrzem. Ubrany był zaledwie w skórzane buty, zielone spodnie i taką samą podkoszulkę. Był średniej budowy. Nie był wysoki, ale nie był też niski. Miał czarne włosy i niebieskie oczy. Kiedy wyszedł z lasu, dobrze sobie znaną dróżką, jego oczom ukazał się przerażający widok: wieś była doszczętnie spalona i ograbiona, ziemię pokrywał popiół i plamy zaschniętej krwi. Wszędzie leżały ciała jego pomordowanych przyjaciół i sąsiadów ze wsi. Z wrażenia puścił upolowaną zdobycz i ruszył przed siebie, omijając trupy. Widział młode dziewczyny leżące bez życia, z otwartymi do krzyku ustami, ciała małych dzieci zadźganych nożami a nawet odrąbane siekierą głowy walające się po wypalonej ziemi. Bez chwili namysłu pobiegł w tę stronę, gdzie powinien być jego dom lecz go tam nie znalazł. Zamiast niego leżał stos spalonych desek i szczątki połamanych i opalonych mebli. Spomiędzy pobitych kafli, które kiedyś były piecem wyglądały zwłoki jego ojca, a kilka kroków dalej kolejne ciała zmasakrowane tak, że nie dało się ich zidentyfikować. Snake wiedział że są to trupy jego matki, brata i siostry. Przez chwilę stał niezdolny do żadnego działania, cały jego świat właśnie przestał istnieć. Nie miał już domu ani rodziny – był wolny. W przypływie szaleństwa chciał ze sobą skończyć, kiedy nagle uderzyła go myśl, że najpierw musi pomścić rodzinę i przyjaciół. Sposób w jaki wieś została zniszczona wskazywał na to, że tego pogromu z pewnością nie uczynili ludzie cywilizowani. Rozglądał się wokół starając się znaleźć jakiś trop, który naprowadziłby go na morderców, ale nic nie dostrzegł. Snake wiedział, że tej nocy nie spędzi w łóżku. Znalazł kilka krzemieni i rozpalił ognisko by się ogrzać. Przy okazji upiekł zająca, którego upolował, żeby się trochę posilić, bo od poprzedniego ranka nie miał w ustach ani kawałka mięsa. Po posiłku poszedł obejrzeć ruiny wioski. Miał nadzieję, że znajdzie coś, co pomoże mu przynajmniej ustalić z której strony nadeszli sprawcy. Resztki wiejskich budynków chrzęściły mu pod nogami. Snake zauważył że jeden dom z całej wioski oparł się najazdowi. Podszedł by obejrzeć go z bliska. Był to lekko nadpalony dom miejscowego znachora. Nie miał w oknach szyb, a drzwi zdjęte z zawiasów zostały położone na wierzchu studni, która stała przed domem. Snake podszedł bliżej i zobaczył coś, co przyprawiło go o szybsze bicie serca. Prowizoryczny stół pełnił rolę ołtarza na którym krwią napisany był dziwny symbol w kształcie podwójnych wideł w okręgu. Wokół stołu leżały ludzkie czaszki.

Poranne słońce raz po raz wyglądało zza różowych chmur pokrywających horyzont. Początek dnia zastał Snake’a przy pracy. Poznosił wszystkie ciała do domu, który znalazł w nocy. Kiedy wszystko było już gotowe, podłożył ogień z tlącego się jeszcze ogniska pod budynek. Następnie znalazł dwa mniej więcej równe, proste patyki, skrzyżował je ze sobą, związał kawałkiem materiału, który wyciągnął spomiędzy ruin jednego z domków i uformował starożytny, święty symbol przekazywany z pokolenia na pokolenie. Wetknął go w ziemię i odszedł przekonany, że uczynił wszystko co mógł, by zapewnić duszom zmarłych dostanie się do raju. Snake nie był przesadnie religijny, ale uczestniczył we wszystkich świętych rytuałach, jakie kilka razy do roku gromadziły wszystkie okoliczne wioski na świętym wzgórzu nad rzeką. Tradycja ta trwała już od niepamiętnych czasów. Snake pamiętał to miejsce od małego. Porośnięty różami stok góry na trwałe został w jego pamięci. Chętnie słuchał tam opowieści starców którzy mówili, że wiele tysięcy lat temu Ziemia wyglądała zupełnie inaczej. Ludzie umieli latać i jeździli na dziwnych, warczących stworzeniach, wznosili budowle ze stali i szkła a zajmowali się gromadzeniem broni. Potem nastała wielka wojna i ciemność otoczyła świat, a powietrze stało się trujące. Ludzie zeszli pod powierzchnię i żyli tam przez setki lat, a jeszcze później ziemia się zatrzęsła i pogrzebała ich w swym wnętrzu. Nieliczni, którzy przeżyli wyszli na powierzchnię i znów zobaczyli słońce, a cała Ziemia wyglądała zupełnie inaczej niż opowiadali im ojcowie. Zobaczyli nowe lądy i morza, góry pokryte śniegiem – po dawnych miastach nie było śladu.
Rozmyślając tak i przypominając sobie opowieści kapłanów i starców, Snake przemierzał równinę i szedł na południe, do stolicy kraju. W oddali widział błyszczące w słońcu stoki gór.

to be continued…
No i oczywiście będzie ciekawiej!

ROZDZIAŁ XI

„oto mój świat, oto moje miasto – pustynia której nienawidzę tak jak ty. Tylko w tobie widziałem na tej ziemi nasz raj, tylko ty byłaś moją… Teraz już nie mam nic, nie wiem jak zgubiłem gdzieś w szarym dniu twój ślad – zapomnę o tobie, nie będzie już mnie bo nie będę już sobą… o nie…”
Radio cicho grało kawałek przypominający Agnieszce o ukochanym. O ukochanym, którego już nie ma na tym świecie. Na świecie, gdzie zło czaiło się na każdym kroku a każdy kto był normalny nie miał racji bytu. Był to okrutny świat. Zrodzony przez przywiezioną z zachodu demokrację, która nie sprawdziła się w tutejszych warunkach i stała się symbolem korupcji, przestępczości, niespełnionych obietnic i ciągłego dążenia do wątpliwego sukcesu którego wyznaczanego grubością portfela. Czy ją też czekała taka przyszłość?
Do domu przywieźli ją wczoraj wieczorem. Po cichu, żeby nikt się nie dowiedział. Ojciec zapłacił kupę pieniędzy aby tylko informacja ta nie przedostała się tam, gdzie nie trzeba… Od tego czasu siedziała tak w pokoju, z rzadka tylko odwiedzana przez rodziców, którzy powinni się przecież nią zająć w tak ciężkich dla niej chwilach. Powinni przytulić, pocieszyć… Ale nie, oni tylko stanowczo przywoływali ją do porządku. Do tego przyprowadzili jakiegoś psychiatrę, który kazał jej myśleć o morzu i o ptaszkach… Jakże ona miała dość takiego życia! Opadła na łóżko i leżała tak patrząc w sufit. Pod posłaniem poczuła jednak coś twardego. Włożyła rękę pod narzutę i wyciągnęła starą gazetę. Przypomniała sobie że sama ją tu schowała prawie tydzień temu. Było w niej o wypadku o którym wówczas głośno było w całym kraju. Ona też wtedy się tym przejęła. I nagle jej oczy nabrały blasku. Widziała już rozwiązanie. Podniosła się i poszła do kuchni. W szufladzie leżało kilka kluczy, między innymi i ten, o który jej chodziło. Nie było tam jednak klucza do mieszkania, a rodzice przecież zamknęli je na wszystkie zamki kiedy wychodzili w interesach. Na szczęście mieszkała na parterze. Wyszła więc przez balkon. Najbliższy przystanek był zaledwie o kilkanaście metrów od jej domu…

Z autobusu wysiadła jak w transie. Przeszła przez ulicę i weszła do budynku Urzędu Miejskiego. Na dole minęła pana z obsługi.
- Panienka do tatusia? Nie ma… wyszedł z godzinę temu…
- Tak, wiem… Prosił mnie abym coś przyniosła z jego biura – pomachała dziadkowi przed nosem kluczem i weszła do windy. Wybrała klawisz wskazujący na ostatnie piętro, chociaż gabinet ojca znajdował się piętro niżej. Obok windy były również i schody. Można było nimi dojść tam, gdzie winda już nie dojeżdżała, a mianowicie na poddasze. Tam znajdowało się już tylko kilka magazynów. No i wyjście na dach, na czym Agnieszce zależało… Ucieszyła się, gdy zobaczyła że właz nie jest zamknięty na kłódkę. Niewielu ludzi wiedziało o tym przejściu, więc urzędnicy postanowili trochę sobie zaoszczędzić na niepotrzebnych zabezpieczeniach. Żeby włamać się do budynku od tej strony należałoby chyba mieć helikopter, a tego jeszcze miejscowi przestępcy ni posiadali. Wyszła na górę. Świat z wysoka wydawał się taki mały… Podeszła do krawędzi. Stała tam kilkanaście minut myśląc nad tym, co ostatnio przeżyła. Nie wiedziała, że z dołu była doskonale widoczna i że ktoś zadzwonił policję. Wkrótce na dole zebrał się całkiem niezły tłumek. Patrzyła na tych ludzi czekających teraz tylko na każdy jej ruch… Dla nich była to sensacja, kolejne ciekawe wydarzenie o którym jutro napiszą w gazetach. Może niektórzy nie chcieli, by to zrobiła. Ale czy nawet oni mogli wiedzieć, co teraz czuła?
Nad budynkiem pojawił się helikopter. Zatoczył koło i zniżył swój lot. Z zainstalowanego megafonu odezwał się spokojny, lecz zdecydowany głos.
- Czy mogę zejść tam do ciebie?
Agnieszka podniosła głowę. Samolot jednak był zawieszony w kierunku z którego świeciło słońce, tak więc nic nie zobaczyła.
- Nie…
- Rozumiem cię, wiem co czujesz – odezwał się głos po chwili zastanowienia.
- Akurat – mruknęła cicho dziewczyna. Ten z góry nie mógł tego słyszeć.
- Może porozmawiamy o tym? Poczujesz się lepiej.
- Może zostawicie mnie w spokoju?! – krzyknęła w stronę śmigłowca.
Na dole pojawiła się srebrna Toyota. Odbijające się od niej promienie słońca sprawiały że z góry była doskonale widoczna. Wysiadł z niej ubrany w garnitur człowiek i podszedł do jednego z policjantów.
- Dobrze że pan jest, panie…
- Tylko bez nazwisk – przerwał mu przybyły – Ona nie skoczy… dostała dziś porcje leków uspokajających…
- Na górze jest nasz negocjator.
- Tak… dobrze… Powiedzcie jej że chce z nią porozmawiać, niech zejdzie…
Policjant włączył krótkofalówkę. Po chwili odezwał się do polityka.
- Ale jest problem…
- Jaki?!
- Bo ona nie chce z panem rozmawiać…

Czas płynął. Rozmowa ze specjalnie przeszkolonym do tego celu policjantem widocznie wpłynęła jakoś na stojącą na dachu dziewczynę, bo odeszła wreszcie od krawędzi i zaczęła wycofywać się do otworu zejścia na poddasze. Do środka weszło dwóch policjantów. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Policja zaczynała stopniowo rozpędzać gapiów. Pod budynek zajechała właśnie karetka pogotowia. Nie była to jednak taka zwykła karetka. Na jej boku znajdował się napis informujący o tym ze należy do szpitala w Choroszczy. Znajdował się tam szpital psychiatryczny. Agnieszka widząca ją z okna na poddaszu. Nie miała wątpliwości kto ją tu sprowadził.

- Niech panowie cos zrobią, ona zwariowała! – mężczyzna w garniturze podszedł do lekarzy którzy wysiedli z pojazdu.
- Tak… Po to tu jesteśmy – oświadczył jeden z nich wychodząc z samochodu. Przy jego wadze stanowiło to prawdziwy wyczyn.
Nagle wśród obserwujących całe zajście ludzi rozległ się gwar. Ożywionymi głosami rozmawiali o czymś między sobą wskazując na dach budynku. Na górze znów pojawiła się dziewczyna, która tym razem nie była już taka niepewna i załamana. Sprawiała wrażenie zdecydowanej i gotowej na wszystko. Z helikoptera na linie opuścił się człowiek, ale nim zdążył dotknąć powierzchni dachu dziewczyna była już przy samej krawędzi. I wreszcie wykonała ten ostatni decydujący krok. Przez kilka chwil leciała w powietrzu by wreszcie osiągnąć cel swojego krótkiego lotu. Okazał się nim być nagrzany od słońca, czarny asfalt ulicy.

EPILOG

Zielone liście drzew szumiały spokojnie poruszane lekkim wiatrem. Rosły chyba w najbardziej spokojnym zakątku miasta, w miejscu gdzie odpoczywali ci, którzy którzy je wznosili, żyli w nim dzieląc z innymi swe smutki i radości, a także ci spoza jego murów, którym jeszcze za życia spodobała się ta oaza spokoju i poprosili swoich bliskich o zapewnienie im tu miejsca na wieczny spoczynek. Gdzieś w gałęziach śpiewały cicho ptaki.
Rafał położył trzymane w rękach kwiaty na marmurowej płycie pomnika. Jeszcze raz spojrzał na małe okrągłe zdjęcie oprawione błyszczącą obręczą. Patrzyła nań z niego roześmiana błękitnooka blondynka. Powoli odwrócił się i odszedł alejką do bramy cmentarza. Po drodze minął ubraną na czarno kobietę. Szła do tego samego grobu, z którego on wracał. Szła do swojej córki, której jakoś nie umiała dostrzec za jej życia. W reklamówce niosła kilka zniczy.
Chłopak przeszedł przez bramę i wsiadł do zaparkowanego niedaleko czarnego mercedesa swojego ojca. Kilkanaście metrów dalej zatrzymał się by wpuścić do środka inną dziewczynę która również wracała z cmentarza. Agata wskoczyła do środka i pocałowała go w policzek. Podziękowała mu za podwiezienie i zapięła pasy. Włączone radio w popołudniowych wiadomościach powiadomiło o rezygnacji ze stanowiska znanego posła. Potem rozbrzmiały słowa piosenki jakby specjalnie przygotowanej na te okazję.
„Czarna ziemia ciało twe jak sen mi zabrała, tylko do niej będziesz się teraz przytulała. Przysypana zimnem niczego już nie czujesz, może mej miłości też już nie potrzebujesz…”

KONIEC

Writen by:
Desperado
Created by:
Fantastica Białystok
W tekście wykorzystano fragmenty piosenek:
„Tylko z Tobą” – Łukash
„Dobry kumpel” – X Trans
„Nie jesteś ideałem” – Skaner
„Prawdziwe szczęście” – Focus
„Słoneczne lato” – Focus
„Radosne Dni” – Focus
„Jedna noc” – Etna
„Poznaj mapę mego ciała” – Etna
„Nie warto kochać” – Skalar
„Laura” – Akcent
„Masz w sobie coś” – Classic
„Pomóżcie światu” – Viper
„Niespokojne serca” – Maxel
„Miłość Cię zabiła” – 4 Ever

zespołów należących do firmy fonograficznej Green Star

Wszystkie postacie i wydarzenia są fikcyjne.
Jakakolwiek zbieżność może być tylko przypadkowa.
All rights reserved – wszystkie prawa zastrzeżone
Copyright by Fantastica Białystok 2002
fantastica_bialystok@wp.pl
Music powered by Green Star
15-697 Białystok – Zawady 73a
Fantastica Białystok 2002

…aż chce się żyć. Poszedłem do mojej byłej szkoły, chciałem wreszcie zobaczyć się z dziewczyną o której tyle wcześniej pisałem. A tu niespodzianka – ANIA z koleżanką siedza na dyżurce (w szkole funkcjonuje system że jest codziennie dwóch dyżurnych) No to przesiedziałem tam pół dnia z nimi. Z Anią. Przy okazji odwiedziła nas jeszcze dwójka zbsolwentów, więc w szkole był taki malutki nieformalny zjazd. Ale nie to najważniejsze – wyszedłem ze szkoły na pewien czas a wracając kupilem Ani kwiatka (sprzedawali na przystanku, niedaleko szkoły) Ten jej uśmiech wart jest wszystkiego. Tylko szkoda że potem poszła jeszcze do jakiegoś sklepu z koleżanką, bo chciałem Ją odprowadzić i wreszcie zaproponować żebyśmy gdzieś poszli razem…

Kolejna część książki poniżej – jutro wielki finał!

No to uciekam się uczyć na jutrzejszy test z botaniki. Pozdrowionka.

ROZDZIAŁ X

„ludzie pomóżcie światu, wyrwijcie ze szponów zła! Czy wam nie dosyć płaczu, przecież wiecie jak ciężka jest łza. Gdy serce ją z piersi wyrywa i łamie niepewność dnia, czy zew rozsądku was nie wzywa by ugasić płomień zła?”
Cztery policyjne pojazdy otaczały leżący na asfalcie motor. Wszystkie były w „bezpiecznej odległości” około dwudziestu metrów od niego. Kierowca motocykla i jego pasażerka stali pośrodku tego prowizorycznego okręgu i patrzyli smutno na siebie. Policjanci poinformowali już ich o tym, że są aresztowani.
- Agnieszka, przepraszam… Nie chciałem żeby to się tak skończyło…
Dziewczyna przytuliła się do niego.
- Nie pójdziesz do więzienia, ja… ja coś wymyślę! – po jej policzku spłynęła łza.
- Chcę, żebyś wiedziała że naprawdę bardzo Cię kocham… I zawsze będę przy tobie… Jeśli nie ciałem, to chociaż duchem…
Pocałował ją, spojrzał jeszcze raz w jej niebieskie, mokre od łez oczy i skierował się powoli w stronę trzymających w pogotowiu broń policjantów. Nagle jego oczy napotkały spojrzenie innych, dziwnie znajomych i złowrogich.
Przed nim stał gliniarz, przez którego to wszystko się zaczęło. Ten sam, który wtedy nocą próbował zgwałcić jego koleżankę, a potem niesłusznie wtrącił go do więzienia. Pogrubiał przez ten czas. Widocznie nieźle mu się powodziło. Zresztą musiał mieć pieniądze, skoro opłacił najlepszych adwokatów. Drań! Ale wreszcie się z nim policzy. I chociaż pewnie znów zamkną go w więzieniu, będzie przynajmniej wiedział za co siedzi! W jego głowie budziły się najczarniejsze wspomnienia… Znów
Siedział w malowanej na biało sali, wyposażonej wyłącznie w jego krzesło i biurko przy którym naprzeciwko siedział komendant. Obok niego zaś stało dwóch ubranych na czarno facetów.
- Przyznaj się, suczy synu! Ty pierwszy zaatakowałeś funkcjonariusza na służbie!
- Nie mam zamiaru grać w te gierki. Wiem co widziałem. I niech mnie pan nie obraża!
Komendant skinął na jednego ze swoich goryli. Ten zajął miejsce obok Maćka i powolnym ruchem zatoczył sobie rękawy.
- Podpisz to zeznanie – komendant podsunął na koniec biurka jakiś zapisany drobnym drukiem dokument.
- Nie mam zamiaru – odrzekł oskarżony. Stojący przy nim facet zdzielił go pięścią po twarzy.
- Tu nawet nie chodzi o mnie… Jak możecie być tacy zakłamani?
Komendant walnął pięścią w stół.
- Podpisz do jasnej cholery! Ty zasmarkany gówniarzu! Posiedzisz z pięć lat i wyjdziesz! Ja nie poświęcę swojej kariery przez takie ścierwo jak ty!
Maciek pokręcił głową. Ochroniarz złapał go za włosy i uderzył kolanem w twarz. Z nosa zaczęła sączyć się krew.
- To jest policja… – wydyszał – Wy macie pilnować prawa!
Drugi z facetów podszedł do więźnia i teraz obydwaj zaczęli okładać go pięściami. Komendant stwierdził, że potem ewentualnie zwalą to na „kolegów z celi”. Kiedy wreszcie przestali, skazany siedział na krześle ostatkiem sił. Miał rozcięty łuk brwiowy, podbite oczy i klika guzów na czole. Spływająca z nosa i rozciętej wargi krew brudziła mu koszulę. Komendant rozparł się w fotelu i podsunął kartkę na sam brzeg biurka, tak że omal nie spadła na ziemię.
- Podpisz…
Teraz ten sukinsyn był naprzeciw niego. Pewnie zdąży obić mu tę roześmianą mordę zanim go obezwładnią i wpakują do samochodu. Wtem nagle spojrzalł przez ramię na Agnieszkę… Stała samotnie obok przewróconego motoru. Zatrzymał się. Przecież ciągle miał w kieszeni coś, co należało już do niej… Pamiątkę z Augustowa, symbol ich miłości… Coś na wagę pierścionka zaręczynowego! Chciała by wręczył go jej gdy będą już bezpieczni, na zawsze razem. Los jednak nie zgodził się z ich planami. Miał jednak zamiar oddać jej ten drobny prezent… Gdy spojrzy na niego, przypomni sobie Maćka…
Odwrócił się i zrobił krok w kierunku dziewczyny. Włożył rękę do kieszeni…
W tej samej chwili ktoś krzyknął „sięga po broń!”, rozległ się strzał i dał się słyszeć łoskot padającego ciała, które nim dotknęło ziemi zdążyło jeszcze złapać dwie następne kule. Agnieszka krzyknęła przerażona. Maciek leżał na asfalcie. Przez moment nie czuł nic, potem gdzieś ze środka zaczął wzmagać się tępy ból. Przed oczami pojawiły się kolorowe kręgi. Po chwili jednak zaczęły one przygasać, a z nimi cała otaczająca go rzeczywistość. Wśród narastającej ciemności zobaczył jeszcze tylko jedną twarz. Była to piękna twarz, o smutnych niebieskich oczach, otoczona długimi lśniącymi w świetle zachodzącego słońca włosami. Nie mógł już jednak przypomnieć sobie Jej imienia… Ostatni obraz rozpłynął się pozostawiając po sobie pustkę. Nie było już w nim życia. Z zaciśniętej dotychczas ręki wysunął się łańcuszek, na którym zawieszony był mały delfinek…

to be continued…

Jak widzicie serwer z którego pochodził szablon znów się zaciął więc żeby na blogu było coś więcej niż tylko tytuły notek trzeba było na jakiś czas zmienić źródło a co za tym idzie szablon też. Mam nadzieję że zrozumiecie i to przewijanie nie będzie zbyt uciążliwe :-)

Kilkanaście kilometrów za miasteczkiem znów dał się słyszeć znienawidzony sygnał. Zainstalowany na dachu jadącego za nimi poloneza kogut rzucał złowrogie, niebieskie błyski. Maciek zaklął pod nosem i przekręcił rączkę gazu. Agnieszka złapała się mocniej chłopaka. Do postawionych wobec nich zarzutów obecnie doszedł jeszcze jeden – przekroczenie dozwolonej prędkości. Policyjny samochód po niedługiej chwili został w tyle. Wysłużona już WSK nie była może najszybszym motorem w kraju, ale dawała z siebie wszystko. Goniący ich gliniarze również dodali gazu. Za zakrętem niespodziewanie pojawił się białoruski tir, Maciek więc w ostatniej chwili zaczął go wyprzedzać ledwie wyrabiając się przed nadjeżdżającym z przeciwka bmw, które zatrąbiło siarczyście. Jadący nim kierowca pokazał im coś pięścią zza okna, oni jednak nie zwrócili na to większej uwagi. Nagle zza dość wolno jadącej ciężarówki, co swoją drogą też było dziwne, wprost przed bmw wyskoczył radiowóz. Rozległ się głośny pisk hamulców, po czym przytłumiony odgłos uderzenia. Agnieszka obejrzała się za siebie i ujrzała lekko wgnieciony przód pojazdu, który przed chwilą mijali i całkowicie skasowany przód poloneza. Pokrywa maski leżała kilka metrów dalej.
- No, to na pewien czas mamy ich z głowy! – roześmiał się Maciek.
Agnieszka jeszcze raz spojrzała w tył i spochmurniała. Położyła rękę na ramieniu siedzącego przed nią chłopaka, który również się odwrócił…
- O, cholera!
Zza pamiętnego zakrętu na drogę wypadły jeszcze dwa radiowozy, tym razem znacznie nowsze. Były właśnie jakieś osiemset metrów za nimi. Przyśpieszył, co dało mu jeszcze kilkanaście metrów przewagi, jednak dystans pomiędzy nimi zaczął się powoli wyrównywać. Na szczęście po prawej pojawiła się jakaś polna dróżka. Maciek niezwłocznie w nią skręcił, a gdy dojechali do jeszcze jednego skrzyżowania, obrał kierunek równoległy do szosy, którą właśnie jechali.
- Masz komórkę przy sobie? – zapytał dziewczynę.
- Tak, a co? – nachyliła się do przodu aby lepiej słyszeć – Chyba się wyładowała…
- Wyrzuć ją! Może to przez nią nas namierzają!
Dziewczyna posłuchała jego rady i po chwili telefon znalazł się pomiędzy kłosami niedojrzałego jeszcze zboża. Po obu stronach drogi ciągnęły się bowiem rozległe pola. Pokręcili się po okolicy około godziny, po czym zrobili sobie przerwę na pobliskiej łące. Tak dawno przecież nie okazywali sobie czułości… Nim nastał wieczór znów powrócili na szosę. Maciek miał nadzieję że dostatecznie długo byli na uboczu, żeby zgubić niebieskich. Postanowił, że nie pojadą przez Elbląg, tylko przez okoliczne wsie. Nie powinni się tam natknąć na żadne patrole. Cel ich podróży był już niedaleki, w takim tempie przed północą siedzieliby już sobie z Kamilem przy herbatce w jego bezpiecznym mieszkanku.
I tak przez dwie godziny jechali spokojnie, nie niepokojeni przez nikogo. Raz tylko minął ich niebieski polonez, ale już bez koguta na dachu. Znów powrócili na szosę. Zbliżali się do Malborka. Jego też da się pewnie jakoś objechać. Tak, powinna być przecież jakaś droga w bok… Samochód, który pojawił się daleko na horyzoncie wyrwał Maćka z tych rozmyślań. Gdy malutki punkcik zaczął się powiększać, okazał się być dwoma samochodami jadącymi obok siebie. Maciek zaczął się niepokoić, a niepokój ten wzrósł jeszcze bardziej kiedy obok tych dwóch pojawił się jeszcze jeden. Wszystkie trzy samochody jechały równo obok siebie kierując się wprost na nich. W oddali błyskały niebieskie światełka. Teraz już nie miał żadnych wątpliwości. Tędy już nie przejadą.
- Trzymaj się! – rzekł do Agnieszki i zaczął gwałtownie hamować. Kiedy zwolnił, wziął zakręt i pojechał wstecz. Miał zamiar dojechać do drogi z której wyjechali na szosę i ponownie spróbować zgubić policję w plątaninie wiejskich, piaszczystych uliczek. Nie zdążył jednak do niej dojechać. Z naprzeciwka nadjeżdżał właśnie jeszcze jeden samochód. Chociaż mocno poobijany i bez przedniej szyby i pokrywy maski, wprost na nich sunął radiowóz z wypadku. Agnieszka mocniej objęła go rękoma. Ciekawe ile teraz lat mu dadzą… Najbardziej jednak bał się nie powrotu do więzienia, ale rozstania z nią… Tego by chyba nie przeżył… Ona była dla niego wszystkim… Tylko ją kochał… I zawsze będzie ją kochał! Nigdy nie przestanie… Czy ona teraz znajdzie kogoś na jego miejsce, czy będzie szczęśliwa i założy wspaniałą rodzinę? Jeden rzut oka na dziewczynę i już wiedział, że nie. Dlaczego żyli w państwie, gdzie prawo było bezprawiem? To już koniec! A przecież było tak blisko! Tak blisko!

to be continued…

No to jestem. Dwa dni na wsi to właśnie to co tygryski lubią najbardziej – jak to się mówi. Pogadaliśmy, pograliśmy w siatkę, wyskoczyliśmy nad rzekę… Co prawda woda nie była jeszcze za ciepła, ale… No i nowości: Moich tamtejszych znajomych znacie już z poprzednich notek, a więc: Kamil grał w meczu międzywioskowym – poobijany jak diabli bo była to prawdziwa gra z poświęceniem, Mateusz nałapał ryb w stawie u księdza, Neti zaczęła nosić spódniczki a Żaneta ma dzidziusia. Chłopiec pewnie będzie się nieźle dogadywał z mamusią skoro jest od niego starsza o tylko 16 lat…

Pojechali więc za swoimi nowymi znajomymi. Za kilkanaście minut dotarli do małej wioski i zatrzymali się przed jednym z domów. Motocyklistka weszła na chwilę do środka, niosąc po chwili coś w reklamówce.
- Tu mógłby nas ktoś zobaczyć, lepiej jedźmy w jakieś mniej znane miejsce – zwróciła się do wszystkich i zapaliła swój motor. Przejechali przez wieś przyciągając niekiedy ciekawskie spojrzenia mieszkańców. Następnie skręcili w dróżkę prowadzącą do lasu. I dopiero tam, na polance osłoniętej od reszty świata gęstwiną drzew rozbili swój prowizoryczny obóz. Razem było tam około dziesięciu motocyklistów. Maciek i Agnieszka wyszli wreszcie z samochodu i rozprostowali swe kości zmęczone wielogodzinną jazdą. Przyszedł czas na krótki odpoczynek przed dalszą częścią trasy. Byli też piekielnie głodni. Czekały już jednak na nich kanapki, konserwy i inne rzeczy przygotowane przez nieznajomą dziewczynę i jej kolegów. Kiedy już się najedli jeden z nich wyciągnął skądś kilka puszek piwa i poczęstował ich. Maciek początkowo nie chciał, tłumacząc że przecież prowadzi, ale w końcu pragnienie wzięło górę. W końcu i tak już byli ścigani.
- Jesteście z klubu „Knight Rider”? – zapytał patrząc na ich koszulki. Znaczna ich część miała takie na sobie.
- Tak… Słyszeliście o nas?
- Ja nie, ale mój kuzyn jeździł czasem na jakieś zloty. Pewnie was zna…
- To możliwe…
- I jeszcze raz dzięki za pomoc – dodała Agnieszka.
- Codzienność. Poza tym – rodzina naszych przyjaciół jest po części naszą rodziną. Zostańcie tu, wyśpijcie się a rano pojedziecie dalej… Rozpalimy ognisko, cos jeszcze zjemy, wypijemy…
- Powinniśmy wyjechać zaraz po zachodzie, w nocy będziemy bezpieczniejsi niż w dzień.
- Nie musicie jechać główną drogą, jedźcie na skróty przez wioski… Poza tym, pożyczymy wam jakiś motor…
- No co wy? – zdziwiła się Agnieszka – Wasz motor?
- A czy wy myślicie że my mamy tylko te którymi jeździmy? – roześmiała się dziewczyna – Znajdzie się coś w stodole…
Kilka godzin później Maciek i Agnieszka siedzieli już na czarnej, kilkuletniej WSK. Motor był trochę zakurzony, nie posiadał rejestracji ani przedniego światła, ale po napełnieniu baku paliwem nadawał się do jazdy.
- Jak my się wam odwdzięczymy? – zapytała Agnieszka.
- Drobiazg, oddacie kiedyś. I tak mam jeszcze jeden w garażu, a wkrótce będę miała yamahę… Szerokiej drogi!
- Powiedz chociaż jak masz na imię… – odezwał się Maciek.
- Aneta… – uśmiechnęła się dziewczyna – No, jedźcie już. Zaczyna się rozwidniać.
Rzeczywiście zaczynał się kolejny dzień. Było jeszcze szaro, ale można już było wyruszać, chociaż i bez świateł. W dzień przecież i tak nie będą potrzebne, a im wcześniej wyjadą – tym lepiej. Pożegnali więc nowych przyjaciół z którymi spędzili tu cały wieczór i noc i pojechali stosując się do ich rad, by mimo wszystko trzymać się bocznych dróg i jechać przez wioski a nie szosą. Do Gdańska było jeszcze daleko, ale oni byli już trochę wypoczęci. Przespali przecież jakieś dwie – trzy godziny w stodole. No i nie byli wreszcie głodni.

ROZDZIAŁ IX

Jeszcze przed południem znaleźli się w miasteczku, z którego mieli wyjechać na drogę do Gdańska. Maciek zdążył po drodze zauważyć napis – „Ostróda”. Wjechali na wąskie uliczki do złudzenia przypominające starówkę jakiegoś większego miasta.
- To będzie gdzieś w prawo – myślał głośno chłopak – I zakładam że będzie to większa ulica niż te tutaj…
- Mówisz o drodze do Gdańska? – powiedziała jego towarzyszka, która ostatnio trochę przysnęła.
- Aha. Dojechaliśmy do Ostródy, zaraz będzie skrzyżowanie. Wieczorem będziemy na miejscu, wreszcie bezpieczni…
- A żeby tak – rozmarzyła się dziewczyna – wsiąść na jakiś statek i odpłynąć…
Nie ważne gdzie, tylko żeby tam nikt nas nie mógł znaleźć.
- Myślisz że jest jeszcze gdzieś jakaś bezludna wyspa?
- Na pewno…
Im dalej jechali, tym bardziej ulice były zatłoczone zaparkowanymi samochodami. Widocznie odbywała się tu jakaś impreza. Na szczęście oni mogli bez trudu przecisnąć się pomiędzy nimi, a nawet wjechać tam, gdzie samochodem już by się nie dało. Wjechali na skraj dużego placu, w środku którego znajdowała się scena, coś w rodzaju amfiteatru. Po placu przewijały się dziesiątki ludzi, głównie młodych depcząc bezlitośnie bujną trawę. Pomiędzy tym tłumem pojawiali się niekiedy ubrani w firmowe koszulki sprzedawcy lodów, frytek i napojów. Dla bardziej zgłodniałych były też kiełbaski. To ostatnie właśnie skusiło nowo przybyłych do zejścia z motoru.
- Kupimy sobie coś do jedzenia? – zapytała Agnieszka. Maciek kiwnął głową.
- Ale nie ma już pieniędzy…
- O to się nie martw – uspokoił ją i odpiął sobie z ręki elektroniczny zegarek – No, nie jest on może zbyt cenny, ale powinien wystarczyć…
Po tych słowach podszedł do sprzedawcy. Agnieszka nie słyszała już o czym z
nim rozmawiał. Muzyka była zbyt głośna. Na scenie pojawił się uśmiechnięty człowiek a publiczność zaczęła wprost krzyczeć. Ich entuzjazm był ogromny. Po chwili ciszy, kiedy w uszach brzmiały jeszcze ostatnie tony poprzedniego utworu – chyba czegoś o miłości, Agnieszka nie wsłuchiwała się zbytnio w słowa – popłynęły takty nowej piosenki. Ta była już nieco wolniejsza, i miała taki uspokajający rytm…
„zapomniane miejsca, zapomniane drogi… nasze wspólne szlaki dziś pokrył kurz…”
Maciek wrócił właśnie niosąc w ręku dwa wspaniale pachnące hot-dogi.
- To dla ciebie… – wręczył jej bułkę z kiełbaską niczym jakiś drogocenny prezent. Ale faktycznie, jedzenie było teraz na wagę złota. Przynajmniej dopóki nie znajdą sobie jakiegoś stałego źródła dochodów. Patrzył na nią, a jej opaloną przez słońce twarz, na jasne włosy którymi bawił się delikatny wiaterek, na oczy w których zdawałoby się że odbijał się fragment nieba…
„powiedz czy pamiętasz zapach polnych kwiatów, co we włosy twoje wplatał letni wiatr… powiedz czy pamiętasz noce pod namiotem, kiedy drżące dłonie poznawały siebie…”
No właśnie, namiot! Mogliby postawić sobie gdzieś taki, z dala od ludzi i wszystkich problemów jakie oni ze sobą niosą, z dala od zepsutego świata. Już chciał podzielić się tą myślą ze stojącą obok niego dziewczyną, kiedy nagle uświadomił sobie, że to jest przecież bez sensu. Agnieszka skończyła jedzenie i uśmiechnęła się do niego.
- Ty naprawdę sprzedałeś mu zegarek?
- A po co nam zegarek? – roześmiał się – Szczęśliwi czasu nie mierzą… A zobacz co jeszcze dostałem…
Mówiąc to wyjął z kieszeni 10 złotych.
- Będziemy mieli na jeszcze jeden postój, zanim dojedziemy…
Pogoda była wręcz idealna. Słońce świeciło przez cały czas, ale nie było upalnie. Maciek wziął dziewczynę za rękę i poszli w stronę zaparkowanego pod drzewem motocykla.
„nauczyłaś mnie jak kochać, nauczyłaś mnie jak żyć. Nauczyłaś mnie przyjaźni, pokazałaś jak wiernym być. Jak beztrosko można żyć – ty jednak masz w sobie coś, masz w sobie coś… Twój radosny głos błądzi przy mnie co krok gdy uśmiechem witasz każdy dzień…”
- A nie wiesz co to za festiwal? – zapytała Agnieszka siadając za swym ukochanym – całkiem ładnie grają…
- Ostróda… Byłem tu ze trzy lata temu z Piotrkiem i Weroniką…
- Weroniką?
- Ta o której ci mówiłem… Nie jesteś chyba zazdrosna, ona jest dla mnie jak… jak siostra…
Zawarczał silnik i ruszyli wzbijając za sobą tuman kurzu. Wkrótce odnaleźli drogę do Gdańska i obrali zamierzony kierunek. Dźwięk muzyki był coraz cichszy.
„słoneczne lato – żadnej chmury na niebie, wakacyjny czas. Słoneczne lato – słońce dało mi ciebie, połączyło nas. Tam gdzie byłem ja – tam byłaś i ty, kochałem ciebie za to! Tam gdzie byłaś ty – spełniały się sny, każdego dnia słoneczne lato!”

dziś znów dwa odcinki, poniewaz wyjeżdżam i wrócę dopiero w niedzielę wieczorem :-)
to be continued…


  • RSS